Opowieść Mojego Życia.

4
5617

Długo przekonywałem sam siebie aby usiąść i o tym napisać. Przez te wszystkie lata, nie miałem bowiem siły wewnętrznej a może i odwagi , aby zdobyć się na szczere wyznanie wobec rodziny. Dziś gdy jestem już  u kresu żywota chciałbym aby moje dzieci i wnuki, które kiedyś natkną się na te zapiski zechciały poznać lepiej ojca i dziadka. Ongiś wyczytałem, że każdy człowiek posiada takie intymne wspomnienie, które zachowuje wyłącznie dla własnej duszy i myśli. O takim moim świętym wspomnieniu nigdy nie śmiałem im opowiedzieć, ale nie chciałbym też zabrać ze sobą do Wieczności, tego co przeżyłem…

************************************************************************

Ta najważniejsza opowieść w moim życiu, zaczęła się na początku 1946 roku. Służyłem wtedy w stopniu plutonowego w oddziale „Ciemnego”- Tadeusz Narkiewicza. To była 20 –osobowa grupa Ochrony Sztabu Okręgu Białostockiego NZW, która pełniła także rolę Żandarmerii Okręgowej. „Ciemny” podobnie jak ja pochodził z Łap.  Do organizacji wstąpiłem w połowie ’43 roku; jesienią trafiłem do oddziału partyzanckiego Akcji Specjalnej NSZ porucznika „Lecha”- Mariana Kozłowskiego. Tam też przeszedłem chrzest bojowy w walce z żandarmerią niemiecką. Później były inne akcje i walki. Ale nie to będzie głównym tematem mojej opowieści.

Sztab wówczas stacjonował – i to od kilku miesięcy – w Targoniach. Wówczas zima była porą roku nie tylko z nazwy. Śnieg po pas, mróz siarczysty. Temperatura w nocy spadała do – 30! Po południu drzemałem na swojej kwaterze w którejś z chałup, gdy wtem wpadł jak burza, któryś z podoficerów dyżurnych. „Plutonowy „Kier”! Natychmiast do sierżanta „Ciemnego”. – usłyszałem.  Błyskawicznie poprawiłem mundur, zarzuciłem kożuszek, wziąłem automat i w kilka minut później zameldowałem się „Ciemnemu”.

Rozkaz majora „Kotwicza”. Pojedziesz do Grabowa. Odbierzesz łącznika z łomżyńskiego z meldunkiem i natychmiast dostarczysz. Woźnica sań zna punkt kontaktowy. Wykonać!!”

Co miałem zrobić?! Huknąłem w odpowiedzi: „Tak jest!”. Trzasnąłem obcasami i w drogę. Połowę podróży przeklinałem naszych dowódców i własnego pecha. Na szczęście woźnica wybornie znał teren. Przejeżdżaliśmy przez jakieś lasy, zagajniki obok gospodarstw na wiejskich koloniach. Do dziś pamiętam, że wieczór był bez księżyca. Na szczęście mój przewodnik zaopatrzył sanie w przenośną latarnię. Mróz szczypał w twarz jak diabli!… Zziębnięty, zeskoczyłem z sań w Grabowie, na podwórzu jakiegoś gospodarstwa. Woźnica bez słowa ruchem głowy wskazał na wiejski dom. Nie pamiętam już hasła i odzewu, jakie wymieniłem z gospodarzem, który prowadził  nasz „punkt kontaktowy”. W każdym razie wszystko było w porządku.

Gdzie ten łącznik bo mam rozkaz natychmiast wracać?!” – chyba powiedziałem coś takiego, bo za chwilę z sąsiedniej izby wyszła filigranowa dziewczyna a mnie… zatkało!! Stanąłem niczym biblijna żona Lota albo jak ujął to kilka lat temu mój najmłodszy prawnuczek: „Szczęka mi opadła”. Eleganckim nieco zalotnym krokiem podeszła do mnie prześliczna dziewczyna. Z uśmiechem na twarzy podała mi rękę, przedstawiając się: „Jestem „Oleńka”. Z meldunkiem od pana kapitana „Grota” do majora „Kotwicza”.

Nie wiem, kiedy mój stan osłupienia minął ale przybrałem postawę na „baczność”,  trzasnąłem obcasami aby wywrzeć lepsze wrażenie i zaprezentowałem się:

„Plutonowy Kier z Żandarmerii Okręgowej! Mam rozkaz dostarczyć – (tu się zaciąłem, pamiętam do dziś) – Panienkę do Sztabu Okręgu”. Pamiętam także, że zgiąłem się w pół trzymając rogatywkę w lewej dłoni i pocałowałem ją  w rękę. Nie wiem jak długo jeszcze byliśmy w tym domu. Kwadrans? Pół godziny? Wiem jedno. Kilkadziesiąt lat później przeczytałem w jednej z książek Maria Puzo takie określenie, które jak ulał pasowało wówczas do mnie: „Trzaśnięcie pioruna”.

„Oleńka” była zjawiskowo piękna. Idealne proporcje; piękna, szlachetna twarz. Błękit jej oczu i blond włosy zawsze uplecione w warkocz lub spięte w kok powodowały, że wtedy i później przyciągała niczym magnes wszystkie spojrzenia facetów. W saniach zaczęliśmy rozmawiać. Opowiedziałem jej trochę o sobie; skąd pochodzę. O tym, że przed wojną ukończyłem gimnazjum z maturą i myślałem o szkole oficerskiej ale później przyszedł Wrzesień i rozpoczęło się to piekło. Napomknąłem, że byłem w partyzantce u „Lecha” jeszcze za Niemców co wzbudziło u niej chyba podziw. A przynajmniej ja tak uważałem. Niejako w rewanżu opowiedziała co nieco o sobie. Miała na imię Maria. Rodzice przed wojną mieli niewielki majątek w łomżyńskiem. Ona i jej starsza siostra uczyły się w gimnazjum żeńskim w Warszawie. Ojciec jako oficer rezerwy we Wrześniu ’39 trafił w łapy Sowietów. Majątek bolszewicy w ’40 roku rozszabrowali, niewielki dworek spalili. Ona sama z matką i siostrą ukrywały się i tułały wśród krewnych. Ot, taka historia jakich wiele nasłuchałem się w tamtych czasach…

           Pamiętam, że  w trakcie drogi zdjąłem  kożuszek, jaki miałem na sobie i okryłem siedzącą w obok mnie dziewczynę. Czy była to chęć przypodobania się? Nie myślałem w ten sposób. W domu i szkole zawsze wbijano mi do głowy, że wobec kobiet trzeba być rycerskim i honorowym. Toteż był to mój odruch, gdy usłyszałem, że od dzieciństwa jest zmarzlakiem i nie lubi zimy. Z tamtego wieczoru pamiętam jeszcze swój meldunek o wykonaniu zadania majorowi „Kotwiczowi” i jego komentarz: „Dziękuję kolego „Kier”. Zawsze jesteś niezawodny!”. I to w obecności tej cud-dziewczyny! Później odprowadziłem Ją jeszcze na wyznaczoną kwaterę. Następnego dnia odwiozłem Ją z powrotem do Grabowa. Znów całą drogę przegadaliśmy; tym razem zacząłem Jej prawić komplementy. Podczas pożegnania wyraziła nadzieję, że niedługo się znów zobaczymy… Patrząc mi przez dłuższą chwilę prosto w oczy…

A później… Zaczęły się długie dni oczekiwania na ponowne spotkanie. Każdego ranka i wieczora zadawałem sam sobie to samo pytanie: Kiedy ją zobaczę? Sposępniałem i wyciszyłem się. No ale cóż można było zrobić innego…

W marcu ’46 UB aresztowało mjr. „Kotwicza”. Po procesie stracili  Jego i kilku innych oficerów na Rakowieckiej (jeżeli dobrze pamiętam to chyba „Kłosa” i „Leśnego”). Nadal byłem w Żandarmerii przy Komendzie Okręgu. Naszym nowym dowódcą był ppłk. „Błękit” – Władysław Żwański. Na początku kwietnia stacjonowaliśmy w Jamiołkach. Miała  być narada Sztabu Okręgu.  Któregoś dnia „Ciemny” wezwał mnie do siebie i rozkazał następnego dnia przywieźć z kolonii pod Rutkami łącznika z „Łaby” (taki był kryptonim łomżyńskiego NZW). Po czym dodał z dziwnym półuśmiechem: „Chyba zapamiętałeś tą dziewczynę z zimy, którą eskortowałeś? Bo ja wzrok mam dobry… I potrafię rozpoznać miłosne zadurzenie!  Myślisz, że nie zauważyłem, że od jakiegoś czasu chodzisz jak struty?… Dobrze, zrobimy tak… Zawsze jak będę wiedział, że ona przyjeżdża to ty będziesz jej obstawą. W porządku?”- puścił do mnie oko i klepnął w ramię.

„Ciemny” taki był. Surowy, umiał trzymać chłopaków krótko i w ryzach. Ale gdy nabrał przekonania do kogoś, potrafił pomóc i doradzić. Później nabrał do mnie jeszcze większego zaufania – przeszliśmy na „ty”. Zawsze będę Go pamiętał jako świetnego dowódcę a nawet jako kogoś w rodzaju mojego patrona. To dzięki niemu mogłem być „etatową” (jak to byśmy dziś nazwali) obstawą „Oleńki”.  Później coraz częściej byłem łącznikiem z Komendy Okręgu do Komendy Powiatu łomżyńskiego. I coraz częściej spotykałem się z Marysią. Wreszcie w czerwcu wypowiedziałem jej te dwa słowa, które często nawet najodważniejszym mężczyznom sprawiają wiele trudności. I zostałem przyjęty!!

Wtedy wydawało się, że byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Niestety nie trwało to zbyt długo…

Po tym, jak komuniści pod sowieckim nadzorem sfałszowali w czerwcu ’46 wyniki referendum, dla wszystkich w miarę zdrowo myślących stało się jasne, że nie wygramy. Ale z racji tego, że nie mieliśmy innej alternatywy walczyliśmy dalej. Panowaliśmy w terenie a nasza organizacja była na tyle silna i zorganizowana w białostockim, że władza komunistów ograniczała się właściwie do większych miast, a żeby być bardziej precyzyjnym do ufortyfikowanych siedzib UB, koszar i więzień. Chociaż też nie zawsze.  Nasi egzekutorzy potrafili nawet i w mieście wykonywać wyroki.. W terenie mniejsze oddziały i grupy UB i KBW rozbijaliśmy; z większymi nie podejmowaliśmy walki, a niektóre posterunki milicji były zdobywane nawet kilkukrotnie! Mimo aresztowań i obław nadal mieliśmy poparcie ludności. Typowa wojna partyzancka. Doświadczyli jej później „yankesi” w Wietnamie i „kacapy” w Afganistanie. Z biegiem czasu jednak nasze straty powiększały się. Na horyzoncie nie było widać racjonalnej szansy na zwycięstwo. Na wojnę aliantów ze Stalinem też się nie zanosiło. Najbardziej obrazowo ujmował to kpt. „Grot” – Kozłowski: „Sami komuniści nie są problemem. Z akowcami bylibyśmy w stanie zakończyć ich władzę na Białostocczyźnie w ciągu 48 godzin! Tylko co dalej?!”. Tu „Grot” miał już na myśli Sowietów…

Moje uczucie i „Oleńki” na tle tych dramatycznych wydarzeń i ciężkich czasów rozkwitało. Wielokrotnie w trakcie tych „kradzionych” godzin i pospiesznych spotkań snuliśmy plany na przyszłość, wówczas kiedy „to” wszystko się skończy… Może obydwoje podświadomie unikaliśmy rozważań jak „to” się zakończy…

************************************************************************

I tak trochę się łudząc, trochę oszukując dotrwaliśmy do lutego 1947 roku. Wszelkie nadzieje prysły, gdy w styczniu tzw. „władza ludowa”  niemalże w jawny sposób sfałszowała wybory. Nikt na świecie nie kiwnął palcem ani nie zaprotestował. Po  tej hucpie, w lutym komuniści ogłosili „akt łaski” czyli amnestię. Któryś z naszych oficerów trafnie zauważył, że amnestia to jest dla złodziei a nie dla Wojska Polskiego. Wielu z nas to upokorzało. Przed kim mieliśmy składać broń?! Przed ruskimi sługusami; mętami i komunistyczną szumowiną?!!

Postanowiłem, że się nie ujawnię. Część naszych oficerów i żołnierzy skorzystała z amnestii, wbrew rozkazowi „Błękita”. Nie chcę ich po tylu latach oceniać; nie mam do tego prawa. To były naprawdę bardzo ciężkie dylematy i jeszcze bardziej trudne decyzje. Sam źle postąpiłem i nie uporam się z tym do końca moich dni. Powinienem zrobić wszystko aby Marysia się ujawniła i stąd wyjechała. Gdyby tak się stało nie doszłoby do naszej tragedii o czym później.  Ale ona hołdowała takim tradycyjnym zasadom jak „Gdzie ty Kajus, tam i ja Kaja”… A mnie zabrakło rozwagi, przewidywania a przede wszystkim odpowiedzialności. Może byłem za bardzo zaślepiony uczuciem… Wiem jedno: to był mój największy grzech w życiu. I nigdy nie pozbędę się tego brzemienia winy.

Jesienią ’46 dostałem awans na chorążego. Byłem nadal w oddziale „Ciemnego”. W marcu ‘ 47  Tadeusz (wcześnie mianowany do stopnia podporucznika) został Komendantem Powiatu łomżyńskiego (krypt. „Podhale”). Niedługo potem otrzymał awans na stanowisko Komendanta na Wysokie Mazowieckie w naszej organizacji.  Nie ujawnił się też „Zbych”, „Rola”, „Ordon”, „Bąk” i wielu innych. Mimo odpływu ludzi i ogólnej sytuacji potrafiliśmy jeszcze uderzać a NZW dysponowało jeszcze sporymi konspiracyjnymi aktywami.

10 maja ’47 roku nasz oddział tj. „Ciemnego” i „Roli” – Gawkowskiego rozwalił sowiecki konwój na szosie warszawskiej na wysokości Zambrzyc. Pokazaliśmy wtedy sukinsynom, że walka jeszcze się nie skończyła! Po tym UB dostało szału! Rzucili na nas wielkie siły KBW. Obława za obławą przetaczała się przez łomżyńskie i wysokomazowieckie. Klucząc przez jakieś bezdroża, chaszcze i bagna przebiliśmy się do puszczy Białej. Tam odetchnęliśmy. I tam po raz ostatni spotkałem się z Marysią. Była w naszym obozowisku trzy dni. Nie będę ukrywał, że z jednej strony byliśmy szczęśliwi ale tą radość przygniatał smutek i strach, który dostrzegałem w jej oczach. Ostatniego dnia przed rozstaniem narysowałem ołówkiem jej portret, który później nosiłem w kieszeni bluzy. Miałem wrodzone zdolności do rysunku i jeszcze przed wojną rodzice namawiali mnie do studiowania architektury. Jej portret wraz ze zdjęciem zawsze nosiłem w wewnętrznej części kieszeni bluzy mundurowej. Na zewnętrznej miałem zawieszony ryngraf…

„Oleńkę” aresztowali na początku lipca na jednej z kwater niedaleko Czerwonego Boru. Informację dostaliśmy w kilka dni później. „Ciemny” zarządził śledztwo. W jego wyniku okazało się, że doniósł gospodarz – człowiek z organizacji. Poszedł na współpracę z UB. Później zapadł wyrok, który w tamtych czasach mógł być tylko jeden. Rozstrzelali go chłopaki od „Zbycha”. Jednak dla mnie to wszystko było obojętne. Wiadomość o Jej aresztowaniu była dla mnie szokiem. Wpadłem w takie otępienie i nastrój, który dziś jest nazywany przez lekarzy depresją. Coraz gorszy był ze mną kontakt. Pod koniec sierpnia „Ciemny” udzielił mi urlopu abym wyszedł z tego. Zostawili mnie gdzieś na kolonii pod Szepietowem; dziś już nie pamiętam nazwy tej miejscowości. Aresztowali mnie 3 września, wskutek donosu. W środku nocy wyważyli drzwi do chałupy i wpadli. Sięgnąłem po pistolet ale nie zdążyłem go użyć..

„Obrabiali” mnie najpierw w siedzibie bezpieki w Wysokie Mazowieckie. Nie chcę do tego wszystkiego  wracać pamięcią przez co przeszedłem. Wiem jedno: wiele im nie powiedziałem. Mam czyste sumienie. Później przewieźli mnie do Białegostoku. Tam znów byłem „oprawiany”. I tam dowiedziałem się od jednego z naszych z Czochania, że „Ciemny” nie żyje. Zginął wskutek zdrady ppor. „Cygana” – Janka Skowrońskiego. W sierpniu 1947 „Cygan” wpadł w ręce UB. Nie wiadomo do końca jak to było ale w efekcie zaczął „sypać”. Wydał dziesiątki (niektórzy mówili, że setki) ludzi, punkty kontaktowe, łączność, magazyny broni, trasy przemarszów oddziałów. Słowem: zdradził wszystko co wiedział o organizacji.

W efekcie kilkunastoosobowy oddział „Ciemnego” został zaskoczony rankiem 7  września ’47 roku we wsi Czochanie-Góra. Przebijali się przez obławę. „Ciemny” w pewnym momencie został ranny. Wiedział, że tym razem już nie umknie ze szponów śmierci, więc tylko wydał ostatni rozkaz swoim żołnierzom a później osłaniał ich odwrót erkaemem. Pamiętam, że zawsze zarzekał się, że nigdy nie wpadnie żywy w bolszewickie łapy. Słowa dotrzymał. „Cygan” – Skowroński był jednym z Jego najbliższych przyjaciół…

************************************************************************

Pod koniec listopada 1947 roku na procesie dostałem 15 lat więzienia. W ramach komunistycznej resocjalizacji poznałem „uroki” Wronek, Sztumu, Potulic. Wyszedłem w 1955 roku ze zniekształconym kręgosłupem od bicia w śledztwie, z artretyzmem i gruźlicą po karcerach. Nie uskarżam się, po prostu stwierdzam fakty. Przez te wszystkie dni – najpierw w „lesie” a później w więzieniach niczym bumerang wracało do mnie pytanie: „Gdzie Ona jest?”, „Czy żyje?”

To pytanie zadawałem sobie rano i wieczorem. Było dla mnie zawsze pierwsze po modlitwie. Już w trakcie pobytu w więzieniach próbowałem „pantoflową pocztą” zasięgnąć jakiejś informacji. Na próżno.

Po wyjściu  z więzienia prawie przez rok pozostawałem pod opieką i na utrzymaniu rodziny. Musiałem się podleczyć. Jednocześnie zacząłem odwiedzać te tereny gdzie walczyłem. Wszystko w jednym celu. Aby odszukać „Oleńkę. Dowiedziałem się tylko, że Jej matka zmarła w ’49. Siostra wyjechała nie wiadomo dokąd. A poza tym nikt nic nie wiedział. Wtedy wielu z naszych zaczęli dopiero wypuszczać z więzień. Niektórzy z nich z zadziwiającą szybkością w trakcie następnych kilku lat odchodzili z tego świata! Byli wrakami ludzkimi ze zniszczonym zdrowiem. Inni jeszcze siedzieli. Dziesiątki jeśli nie setki naszych oficerów i żołnierzy zginęło w walce, egzekucjach, zostało zamordowanych w śledztwach. Wielu zmarło w więzieniach.  Godnym podkreślenia  i zapamiętania jest fakt, że pomimo tego terroru i miażdżącej przewagi komunistów, ostatni nasi  żołnierze w Białostockiem zginęli dopiero w latach 1952 – 53 roku …!  Nic więc dziwnego, że po tym wszystkim moje poszukiwania „Oleńki” nie przyniosły żadnych efektów. Większość chciała tylko jednego: świętego spokoju i aby wszyscy zapomnieli o przeszłości. W połowie 1957 roku postanowiłem wyjechać z rodzinnych stron. Za namową rodziców osiedliłem się w Poznaniu; rozpocząłem pracę a później studia wieczorowe na wydziale architektury. Pamiętacie jak wcześniej opisywałem zdolności do rysunku?

************************************************************************

Po kilku latach ukończyłem studia i rozpocząłem mozolne zdobywanie pozycji zawodowej. Później nadszedł czas na założenie rodziny. Mimo uczucia do żony i rodziny nie potrafiłem zapomnieć o Niej. Nie dawało mi to spokoju wewnętrznego. Pisałem nawet do różnych urzędów ale otrzymywałem na ogół odpowiedź, że „W/w po opuszczeniu więzienia w Fordonie wybyła w nieznanym kierunku”.

Rodzinne strony odwiedzałem ale rzadko. Starałem się wówczas spotykać ze starymi współtowarzyszami broni. Nieodmiennie zadawałem to samo pytanie. Ale nikt niczego nie wiedział. Ludzie się poza tym zmieniali, nawet gdyby ktoś cokolwiek wiedział to prawdopodobnie i tak by milczał. Nawet gdy siadaliśmy w kilku i pojawiała się butelka (lub ich kilka) coraz częściej słyszałem to samo: „Daj spokój „Kier”! Było, minęło” albo też „Co tam wracać do starych czasów. Trzeba patrzeć na swoje!” Po każdych odwiedzinach ze smutkiem tylko oceniałem „peerelizację” niektórych z tych ludzi; ich przemianę w szarego obywatela „Polski Ludowej”; często potulnego człowieczka zamkniętego w sobie i skupionego na zaspokajaniu swoich podstawowych potrzeb, usiłującego wszystko zatrzeć lub zapomnieć jakby nie było przeszłości. Zamykali się w sobie i z obawy przed konsekwencjami ukrywali swoją przeszłość. A zresztą: Czy można było postąpić inaczej…? W efekcie dziś nawet ich potomkowie niewiele wiedzą o przodku… . Nie było także zbyt bezpieczne utrzymywanie kontaktów towarzyskich nie mówiąc o jakichkolwiek formach zrzeszania. W tamtych czasach dla nas „członków reakcyjnego podziemia spod znaku NSZ” to była abstrakcja na poziomie mniej więcej wycieczki na Księżyc! Zakneblowali nas skutecznie na dziesięciolecia.

Przez ponad ćwierć wieku mimo starań nic nie wiedziałem o „Oleńce”. Nie wiedziałem nawet czy żyje.  O wszystkim zadecydował… no, właśnie kto? Ateiści i tzw. poszukujący orzekną, że przypadek, zbieg okoliczności, los lub coś podobnego. Ponieważ nie należę do powyższej kategorii to w moim przekonaniu zadecydował o tym Bóg. Jedyny Prawdziwy Reżyser.

************************************************************************

To było 23 sierpnia 1974 roku. Ten dzień będę pamiętał do końca życia, tak jak znam datę swoich narodzin. Zdecydowaliśmy się wyjechać na urlop w połowie sierpnia do Sopotu. Na początku lata podobnie jak cała Polska trzymałem kciuk i dopingowałem chłopcom Górskiego. Przed nimi i po nich już żadna nasza piłkarska „jedenastka” nie grała tak pięknie i skutecznie. Ale to tylko tak na marginesie. Po obiedzie moja małżonka postanowiła skorzystać z zabiegów jakiejś fryzjerki czy też kosmetyczki. Postanowiłem się przejść na molo ale pogoda stawała się coraz bardziej kapryśna. Zachmurzyło się i zaczął wiać coraz bardziej intensywniej wiatr od morza. Zszedłem z molo i postanowiłem wejść do kawiarenki. Wewnątrz nie było zbyt wiele osób. Większość salki świeciła pustkami. Zamówiłem przy barku kawę z odrobiną koniaku i zapłaciłem. Odwróciłem się szukając wzrokiem miejsca i… zamarłem!!! „Chryste to niemożliwe!!” Pod oknem na wprost mnie siedziała ONA. Zamarłem bo nie byłem pewien czy to nie halucynacja. „Może to przywidzenie?”. Nie potrafię przekazać tego co wówczas czułem. To była kilkunasto może kilkudziesięciosekundowa burza wewnętrzna. Zapamiętałem jej uśmiech – najpierw niedowierzania, później radości i zaproszenia. Nie zmieniła się w trakcie tych wszystkich lat. Nadal była piękną kobietą i jak zawsze elegancko ubraną. Nie był to styl nowobogackich epoki towarzysza Gierka ale szyk i klasa z innej epoki; niedostępnej dla tego prostactwa. Bez słowa przysiadłem się do Jej stolika. Czułem wewnętrzne drżenie. Nie wiedziałem, jak rozpocząć. Wpatrywałem się w Jej twarz i cudowne błękitne oczy, w których utonąłem dawno temu i chyba zadałem tylko jedno pytanie: „Dlaczego?”.

„Spotkaliśmy się jednak… No cóż, tak widocznie musiało być” – zaczęła spokojnym tonem. Nie miała pretensji, żalu w głosie ani cienia wyrzutu. W skrócie i początkowo bez emocji opowiadała swoje losy.

„Gdy przywieźli mnie do Łomży, do gmachu bezpieki od razu zaprowadzili mnie na przesłuchanie. Na początku dostałam kilka razy w twarz i zostałam nazwana „eneszetowską k…ą”.  Później byłam już „k…ą” bez przymiotnika. Inni nazywali mnie bardziej „elegancko” „dziwką”. Żeby złamać mnie psychicznie kazali się rozebrać. Później musiałam stać wyprostowana przez wiele godzin. Nago. Nie mogłam nawet drgnąć bo byłam kopana. UB-owcy zmieniali się. Początkowo najgorsze były te ich pytania. Najbardziej chamskie i wulgarne jak tylko można.  Następne dni czy też noce były jeszcze gorsze. Bicie jakimiś kablami czy też pałkami. I ten potworny rozsadzający czaszkę ból gdy bili w pięty…” – jej głos z każdym wypowiedzianym słowem drżał coraz bardziej. Coraz szybciej oddychała. Ja też czułem, że za chwilę nie wytrzymam. „Proszę, dość! Skończ!”- podniosłem głos.  „A jeszcze gorsze było wbijanie drzazg pod paznokcie i …! – nie dokończyła bo krzyknąłem: „Milcz! Błagam! Wyjdźmy stąd! Natychmiast!”. Kilka osób w sali zwróciło spojrzenia w naszą stronę. Pomogłem jej powstać i wyszliśmy. Chłodny, orzeźwiający wiatr i powolny spacer plażą pomógł nam obojgu. Spacerowaliśmy obok siebie dość długo milcząc.

Sądzili mnie na początku ’48. Dostałam 8 lat. Wypuścili mnie w połowie 1954. Później zaopiekowała się mną siostra. Mama – nie wiem czy wiesz – zmarła, gdy byłam w więzieniu. Siostra opiekowała się mną później. Przez dwa lata”. Później chciałam studiować polonistykę  ale z taką przeszłością…” – uśmiechnęła się z goryczą.

„Skończyłam studium nauczycielskie. Później studia pedagogiczne. Zamieszkałam najdalej jak tylko można od rodzinnych stron, bo aż w Zielonej Górze”.

Usiedliśmy na plaży. Zauważyłem, że mimowolnie przeszedł przez nią dreszcz. Bez słowa zdjąłem pulower i okryłem ją.

Uśmiechnęła się. „Pewnie zapamiętałeś, że jestem zmarzlakiem. Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie, wtedy też…”

„Nie wracaj Marysiu już do tego! To było tak dawno… Jakby w innym moim życiu”.

Wpatrywaliśmy się w siebie coraz dłużej. Z wolna zaczynał się zmierzch. Towarzyszył mu szum wiatru, fale bijące o brzeg i krzyk mew.

Oleńko” czy możesz odpowiedzieć mi szczerze na jedno pytanie?!”. Przymknęła powieki na znak aprobaty.

Czy jesteś zamężna albo czy w Twoim życiu jest ktoś?” – wyrzuciłem z siebie jednym tchem.

Przez chwilę milczała. Zbliżyła swoją twarz do mojej tak, że czułem jej oddech: „Odpowiem na to pytanie szczerze. Patrząc Ci prosto w oczy. Nie miałam męża i nie będę miała. I nie mam nikogo. I powiem więcej: kochałam Ciebie i nadal kocham. Ale nie mogłam być z Tobą!!” – i w tym momencie wybuchł jej krzyk.

Nie potrafiłem wykrztusić z siebie słowa. Po prostu nie umiałem ale wyraz moich oczu i twarzy był taki, że Ona zrozumiała moje niewypowiedziane pytanie. Spazmatycznie dygocząc, zduszonym głosem wyrzucała:

Pytasz: Dlaczego?!! I chcesz poznać prawdę?!! To słuchaj!!! Wtedy… Po aresztowaniu”… – jej usta drżały a z oczu popłynęła rzeka łez – „Już drugiej nocy… Zgwałcili mnie… Kilku. Część z nich była pijana… Później tą „zabawę”-bo oni tak to nazywali – kontynuowali przez dwie kolejne  noce…! Rozumiesz?! Prosiłam Boga i się modliłam, żeby mnie zabrał, że chcę umrzeć… Jesienią okazało się, że jestem w ciąży… Urodziłam w Fordonie córeczkę. To było MOJE dziecko, nie ich!! Rozumiesz?! To maleństwo wtedy było dla mnie wszystkim… Dziecko mi zabrali po 3 miesiącach. Trafiło do przytułku czy też sierocińca. Na początku ’51 poinformowali mnie, że Zosia…”– Trzymałem ją kurczowo w objęciach mocno przytulając. Nie wstydziłem się własnych łez, które ciekły z moich oczu.

„…zmarła na zapalenie płuc… Niech mi Bóg wybaczy ale nie chciałam żyć!!… Wieszałam się ale odratowali mnie. Później trafiłam do psychiatryka. I stamtąd siostra mnie wyciągnęła. Na tak zwaną „wolność”.

Siedzieliśmy  wtuleni w siebie bez żadnych słów. To co usłyszałem spowodowało, że jakiekolwiek słowa i pytania traciły sens. Wobec piekła zgotowanego tej dziewczynie. Nie wiem jak długo trwało nasze milczenie gdy znów usłyszałem Jej głos: „ Teraz znasz całą prawdę… I proszę wybacz mi te wszystkie lata ale twoja dawna „Oleńka” nie żyje. Należy do przeszłości. Musisz to zrozumieć!.. Jestem okaleczona i w jakimś sensie wewnętrznie niepełnosprawna. Dlatego moją pasją jest pomoc i praca z dziećmi niepełnosprawnymi. One potrzebują mnie a ja…ich rozumiem. I to stanowi treść mojego życia”.

Długo jeszcze siedzieliśmy na plaży wspominając tamte czasy. Mieszałem to z opowiadaniem o swojej rodzinie. Słuchała z życzliwością, niekiedy zadając pytania. Gadaliśmy bez przerwy przez kilka godzin. Momentami paplaliśmy jak dzieci o wszystkim a tak naprawdę o niczym;  jakbyśmy chcieli nadrobić w trakcie  tych kilku godzin te stracone 27 lat.   W końcu musiał nadejść ten moment, którego podświadomie się bałem i odwlekałem.

Żegnaj Janku, mój niezapomniany chorąży „Kier”…! Proszę Cię o jedno: nie szukaj mnie. I tak nie ma to żadnego sensu a tylko ożyłyby znów wspomnienia i ból. Twój i mój. Widocznie tak to już musiało być. I taką nam rolę do odegrania zaplanował Bóg. Podobnie jak innym z naszego pokolenia… Pocałuj mnie i odwróć się a później policz powoli do 100. Obiecaj mi, że za życia się już nie spotkamy. Może kiedyś, po śmierci znajdziemy się w innym lepszym świecie…”

Odliczałem bardzo powoli. A później długo patrzyłem na czerń szumiącego morza. Nie spieszyłem się już nigdzie.

**********************************************************************

Od tamtego spotkania minęło ponad 40 lat. Dotrzymałem słowa danego Marysi. W dwadzieścia lat później byłem na Jej pogrzebie. Tak jak się umawialiśmy, dawno temu w sierpniowy wieczór nad Bałtykiem.  Spotkaliśmy się jeszcze raz. Ale nie za życia…

***********************************************************************

Dziś jestem już starym człowiekiem. Przeżyłem wszystkich kolegów z mojego pokolenia , których pamiętam i z którymi wspólnie walczyłem. Chociaż trzymam się krzepko i nad wyraz całkiem dobrze, to nie ukrywam, że już z niecierpliwością czekam na ostatni rozkaz. Często spoglądam na mój mundur kapitana. Mam nadzieję, że zachowam dawny fason i styl gdy stanę do ostatniego raportu przed Panem Bogiem. Mam takie marzenie, że „tam” w końcu  spotkam dawnych kolegów i przyjaciół. I prześliczną niebieskooką dziewczynę z warkoczem…

ROBERT RADZIK

Od autora:

Powyższa historia – podobnie jak główni bohaterowie – jest fikcją. Co nie oznacza, że na Białostocczyźnie lub w innej części Polski, taka historia lub podobna nie miała prawa zaistnieć naprawdę. Skala tragedii i dramatów osobistych i rodzinnych, nieszczęść, traumy i okaleczenia psychicznego wielu Żołnierzy Podziemia lat 1944-1956 wymaga odrębnych pozycji książkowych. Niestety ale żywię smutne przeświadczenie, że nigdy to już nie nastąpi. Tysiące tych ludzi dawno już odeszło z naszego świata. Wraz z nimi odeszły także bezpowrotnie tysiące historii, których nikt nie spisał i nie wysłuchał. „Żołnierzy Niezłomnych” nie można traktować jedynie w kategoriach „suchego” biogramu historycznego; monografii naukowej czy wzmianki w artykule. Tak jak my, byli ludźmi z krwi i kości: kochali i nienawidzili; posiadali zalety i wady; mieli swoje plany i marzenia; byli zdolni do najwyższego heroizmu  ale niektórzy także do zdrady i podłości.

Niniejszy tekst oprócz fikcji zawiera  autentyczne wydarzenia z tamtej epoki. Historycznymi są postacie mjr. „Kotwicza”, „Lisa” – Jana Szklarka vel Floriana Lewickiego (w ostatnich latach niektórzy historycy kwestionują autentyczność nazwiska „Jan Szklarek”); ppłk.  „Błękita” – Władysława Żwańskiego;  kpt. „Grota” – Bolesława Kozłowskiego, ppor. „Ciemnego” – Tadeusza Narkiewicza czy też ppor. „Cygana” – Jana Skowrońskiego. Większość przytoczonych pseudonimów dotyczy autentycznych postaci z tamtej epoki. Faktem historycznym, który miał miejsce był kilkumiesięczny, wręcz jawny (sic!) pobyt Komendy Okręgu Białostockiego NZW we wsi Targonie Wielkie (wrzesień 1945-styczeń 1946). Wydarzeniami historycznymi odnotowanymi w powyższym opowiadaniu jest zasadzka na sowiecki konwój 10 maja 1947 roku w m. Zambrzyce-Króle, zdrada por. „Cygana” i okoliczności śmierci por. Tadeusza Narkiewicza-„Ciemnego”.  Zdanie o amnestii wypowiedział legendarny dowódca Lubelszczyzny mjr. cc „Zapora” – Hieronim Dekutowski.  Ale myślę, że Jego pogląd dotyczący amnestii ’47 roku byłby życzliwie przyjęty także na Białostocczyźnie…