Zasługi płk. Franciszka Niepokólczyckiego dla Polski Podziemnej są nie do przecenienia. Szczególnie wkład organizacyjny i koncepcyjny w budowę pionu sabotażowo – dywersyjnego, organizacji służb saperskich, uruchomienia produkcji uzbrojenia oraz wypracowania, w nowej sytuacji politycznej lat 1945 – 1946, nowych metod działalności niepodległościowego podziemia. „Nie umniejszając w niczym innym postaciom walki z okupantem należy zdać sobie sprawę, że sabotaż i dywersja były ‘codzienną bieżącą’, walką czynną, walką z bronią w ręku. Można by ją porównać do walki w pierwszej linii frontu. Niepokólczycki przez cały czas okupacji był naczelną postacią na tym odcinku polskiego podziemia”, stwierdzał jego podkomendny. Zanim jednak pułkownik doszedł do wysokich funkcji w strukturach dowódczych AK-WiN musiał przebyć drogę typową dla wielu oficerów Drugiej Rzeczypospolitej, zaczynających swoją służbę dla Niepodległej pod komendą Józefa Piłsudskiego. Urodzony na przełomie XIX/XX wieku w Żytomierzu, wsławiony brawurową ucieczką z aresztu śledczego bolszewickiej Czeka w grudniu 1918 r., młodociany, bo wtedy kilkunastoletni konspirator z polskiej enklawy na Ukrainie – Żytomierszczyzny – jeden z najmłodszych żołnierzy tamtejszej placówki wywiadowczej Polskiej Organizacji Wojskowej ze Komendy Naczelnej – III kpt. Stanisława Lisa-Kuli, absolwent peowiackiej Szkoły Wywiadowczej, dywersant i wywiadowca – dywersant na Froncie Wołyńskim, szybko awansowany na komendanta żytomierskiego Okręgu POW, następnie skierowany do służby w Oddziale II SG. Z przekonań, jak wielu wyrosłych z peowiackiej konspiracji i czynu legionowego żołnierzy Marszałka, piłsudczyk. I to taki fundamentalny, wileński, kresowy. W latach trzydziestych oficer Głównego Inspektoratu Sił Zbrojnych, działacz ruchu weteranów POW, w chwilach wolnych sędzia lekkoatletyczny i szermierz.

Komunistów, zarówno tych z sowieckich siatek szpiegowskich działających na obszarze Drugiej Rzeczypospolitej, tych z okresu wojny i okupacji, jak i tych z czasów PRL-u uważał za „narodowy” odłam bolszewików. „Cele polityki rosyjskiej w stosunku do Polski aż za dobrze były mi znane, jak również znałem sam bolszewizm (wszak wywodzę się z KN-III POW), a tam dobrze odczuliśmy wszystko na własnej skórze”, napisze potem do jednego ze swoich emigracyjnych przyjaciół. Dodajmy tutaj też, iż skutki tej władzy mógł, zarówno on, jak i jego rodzina, Niepokólczyckich oraz Obuch-Woszczatyńskich, doświadczać miała wielokrotnie. Walcząc w wojnie roku 1920 dobrze wiedział, czym dla Polski i Europy mógł się zakończyć marsz na Zachód, „przez trupa Polski”, bolszewickich armii.

Od sierpnia 1939 r. pełnił funkcję dowódcy 60. batalionu saperów Armii „Modlin”. Na początku Września pod Ciechanowem osłaniał on ze swoim batalionem eskadrę obserwacyjną stacjonującą na lotnisku koło folwarku Sokołówek. Zwycięska walka została tam stoczona przez żołnierzy mjr. Niepokólczyckiego z nacierającymi oddziałami niemieckiej dywizji pancernej. W końcu pierwszej dekady września, gdy zdał dowództwo batalionu, został wyznaczony do dalszej pracy sztabowej. Po przekazaniu spraw związanych z pełnieniem dotychczasowej funkcji został mianowany szefem Wydziału Organizacyjnego (Ogólnego) Dowództwa Saperów Armii „Modlin”. W połowie września dotarł do broniącej się Warszawy. Wziął czynny udział w obronie miasta (pozostawał w bezpośredniej dyspozycji gen. Juliusza Rómmla), a następnie tworzeniu się centrali konspiracji wojskowej. Jako współtwórca, jednego z najważniejszych pionów SZP-ZWZ-AK, organizator, przygotowywanego przez jego podkomendnych w Warszawie, ostatecznie z przyczyn technicznych nie zrealizowanego, zamachu na Adolfa Hitlera, należał do ścisłego grona dowódczego pionu wojskowego Polski Podziemnej. W Warszawie został zaprzysiężony do konspiracji przez gen. Michała Tokarzewskiego – Karaszewicza „Torwida”. Po prawie dwudziestu latach służby wojskowej ponownie przyszło mu wówczas organizować konspirację. Miał do niej dobre przygotowanie z okresu działań w siatkach i wywiadzie POW.

Po złożeniu przysięgi mjr Niepokólczycki otrzymał swoją pierwszą nominację w organizującym się w Warszawie podziemiu. Objął funkcję szefa sztabu Dywersji (Referatu III-C) w Oddziale III (Operacyjnym) Dowództwa Głównego SZP (jednocześnie pełnił też funkcję szefa organizowanego Wydziału Saperów przy dziale III-A). Zalążki „sztabu Dywersji” zostały zorganizowane jeszcze w listopadzie i grudniu 1939 r. Komórka ta powstała w oparciu o zespół składający się z oficerów służby stałej o specjalnościach saperskich, a w latach 1942 – 1943 stanowiła kadrę Wydziału Saperów, Kedywu Komendy Głównej, Kedywu Okręgu Warszawskiego, poszczególnych komend okręgowych. Zespoły saperskie podkomendnych Niepokólczyckiego wejdą potem również jako pierwsze do organizowanego przez niego Związku Odwetowego (potem, dopiero utrwaliła się nazwa Związku Odwetu), „wewnętrznej, bardzo silnie zakonspirowanej organizacji, z własną siecią łączności, odciętą od innych komórek Związku”. On sam stał się na następnych kilka lat, jedną z najbardziej poszukiwanym przez niemieckie służby bezpieczeństwa osobą znajdującą się na terenie Polski. Odpowiadał za działania dywersyjne przeprowadzane przez setki żołnierzy Podziemia: twórca i szef Związku Odwetu (od lipca 1940 r. struktura ta przejęła nadzór nad bieżącą działalnością bojową), organizator służb saperskich (i podziemnych placówek naukowo–badawczych), współtwórca elitarnego Kedywu i jednocześnie od jesieni 1942 do września 1943 „prawa ręka” swojego szefa (zastępca), pierwszego emisariusza Rządu RP na Uchodźstwie skierowanego do kraju, gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”, w 1953 r. z wyroku komunistycznego trybunału powieszonego w Warszawie, był wówczas w samym centrum konspiracji wojskowej. Miał również bezpośredni dostęp do gen. Stefana Roweckiego „Grota”.

Jedną z głośniejszych operacji dywersyjnych, przeprowadzonych pod osobistym nadzorem mjr. Niepokólczyckiego jako szefa Związku Odwetu, z udziałem płk. dypl. Antoniego Chruściela „Montera (komendanta Okręgu Warszawskiego) i kpt. Jerzego Lewińskiego „Chuchry” (komendanta okręgu ZO), była seria skoordynowanych ze sobą w czasie i miejscu akcji oznaczonych kryptonimem „Wieniec I”, polegających na jednoczesnym przerwaniu połączeń kolejowych węzła warszawskiego. Saperzy przeprowadzili rozpoznanie miejsc detonacji i przygotowali plany akcji. W ostatniej chwili decyzją Komendanta Głównego gen. Stefana Roweckiego „Grota” przeprowadzono operację bez przedłużającego się oczekiwania na przewidywane bombardowanie Warszawy przez lotnictwo sowieckie, zapuszczające się jeszcze wówczas nad stolicę Polski. W nocy z 7/8 X 1942 r. siedem patroli minerskich odpaliło na peryferiach warszawskiego węzła kolejowego otaczającego miasto kilka dużych ładunków wybuchowych zrywając tory kolejowe i wysadzając w powietrze jadące pociągi. „Niezależnie od tego, kto tego sabotażu dokonał – pisał konspiracyjny ‘Biuletyn Informacyjny’ – stwierdzić trzeba, że w każdym razie jest to najbardziej planowy z dotychczasowych aktów sabotażowych, których widownią był kraj”.

Mjr Niepokólczycki organizował także od podstaw, a następnie sam uczestniczył również w pracach Biura Studiów Środków Walki Sabotażowo – Dywersyjnej, tworzył Biura Badań Technicznych, pisał artykuły do konspiracyjnej „Insurekcji”. „Pod jego kierownictwem i z jego inspiracji – trafnie zauważy ppłk dypl. Bronisław Bronisz – powstaje wiele cennych instrukcji technicznych, produkuje się środki wybuchowe i granaty. Wiele głośnych akcji dywersyjnych i sabotażowych mocno daje się okupantowi we znaki”. Do jego obowiązków należał także ogólny nadzór na bieżącym wytwarzaniem środków walki, wykorzystywanie specjalistów różnych kierunków technicznych i zakonspirowanych placówek naukowo – badawczych dla potrzeb Podziemia. Stał się również koordynatorem i bezpośrednim wykonawcą pomocy dostarczanej żydowskim bojownikom walczącym w likwidowanym przez Niemców getcie warszawskim. Jeszcze na przełomie 1941/1942 r. jego podkomendni rozpoczęli sondowanie możliwości nawiązania kontaktów z grupami żydowskich konspiratorów. Podległe mu patrole saperskie weszły do akcji w kwietniu 1943 r. Jak się później miało okazać ta akcja pomocy udzielonej powstańcom z warszawskiego getta miała cztery lata później najprawdopodobniej zaważyć na życiu pułkownika. Powstanie Warszawskie stało się apogeum kilkuletnich przygotowań do jawnej walki zbrojnej z Niemcami. Przez cały okres walk w Warszawie Niepokólczycki, kwaterujący między innymi w gmachu PKO, w kamienicy ul. Koszykowej oraz lokalu kierownika Oporu Społecznego Kierownictwa Walki Podziemnej i dyrektora Departamentu Spraw Wewnętrznych Delegatury Rządu Stefana Korbońskiego „Zielińskiego” przy ul. Kruczej, był szefem służb saperskich, a następnie także szefem produkcji uzbrojenia podlegając faktycznemu dowódcy całości sił powstańczych gen. Antoniemu Chruścielowi „Monterowi”. Jego podkomendny stwierdzi potem: „W okresie powstania płk Niepokólczycki pomagał szefowi saperów Okręgu Warszawskiego. Zorganizował przede wszystkim produkcję, którą zresztą prowadziliśmy od samego początku konspiracji. Rozpoczęła się w pierwszym roku i trwała do końca (…). Aby dać piechocie broń zorganizowaliśmy wytwórnię granatów ręcznych i min przeciwczołgowych. Korzystaliśmy z rozbieranych bomb i niemieckich niewypałów”.

W różnych okresach swojej działalności konspiracyjnej pułkownik używał pseudonimów „Franek”, „Horyń”, „Halny”, „Jarosław”, „Lipek”, „Marek”, „Meyer”, „Teodor”, „Szubert”, „Żejmian” oraz policyjnego nazwiska Franciszek Mazur. Awanse przyznane przez władze polskie przedstawiały się następująco: podporucznik (1 VIII 1922), porucznik (1 VIII 1924), kapitan (1935), major (19 III 1939), podpułkownik (11 XI 1941), pułkownik (28 IX 1944).

Po upadku powstania Niepokólczycki, wraz z innymi oficerami AK, w tym szefem BiP KG i przyszłym organizatorem WiN-u, płk. Janem Rzepeckim, został osadzony w obozie jenieckim w Woldenbergu. Po zakończeniu wojny, zwolniony z obozu jenieckiego, Niepokólczycki pozostał nadal w niepodległościowym podziemiu. Po powrocie do kraju pełnił między innymi funkcję prezesa Zarządu Obszaru Południowego, a następnie szefa II Zarządu Głównego WiN. Jak sądzę to właśnie on, a nie chwiejny ludowiec płk Rzepecki, predestynowany był od samego początku do objęcia kierownictwa Podziemia niepodległościowego, jeszcze wiosną 1945 r., w ramach Delegatury Sił Zbrojnych, a następnie pierwszego Zarządu Głównego WiN. Stało się jednak inaczej. Z różnych względów sprawy kadrowe były potem już nie do odwrócenia. Gdy od początku 1946 r., już w okresie nasilania się komunistycznego terroru, działając w wyjątkowo trudnych warunkach, pełnił funkcję prezesa Zrzeszenia, zdołał nawiązać łączność z agendami rządu RP na Uchodźstwie, placówkami dyplomatycznymi Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych w Polsce, wysłał też emisariuszy na Zachód. Przewieźli oni między innymi „Memoriał WiN” do Rady Bezpieczeństwa ONZ ukazujący tragiczną sytuację zniewalanej Polski.

Widział głęboki sens kontynuowania, nowymi metodami dostosowanymi do sytuacji, walki o niepodległość Polski. „Dla mnie istnienie WiN-u było koniecznością w warunkach, jakich wówczas byliśmy. Jego [tj. płk. J. Rzepeckiego] akcji o charakterze polityczno – propagandowym nie można było uważać za długotrwałą, bo to jest prawie niemożliwe w tym ustroju. Trzeba było szukać innej formy walki, ale nie wolno było kapitulować. Ciągłość walki była dla mnie oczywistą, formy jej – różne. Czy byliśmy na to przygotowani? W minimalnym stopniu. Zaniedbaliśmy wiele w tej dziedzinie. Trzeba było brać na tym odcinku przykład od wrogów (…). Też o godność narodową i żołnierską nam szło, tym wszystkim, co poczynając od Wilna i Lwowa, jechali do obozów i więzień. Tak było później w Lublinie, Białymstoku, Rzeszowie, Krakowie itd. Przecież na nas, akowców, w marcu 1945 roku w Częstochowie i Warszawie, polowano jak na psy, a w Krakowie w czerwcu 1945 r. przeżyłem dwie łapanki, jak za niemieckich czasów”, tak o tym dramatycznym okresie pisał pułkownik już w końcu lat 50. do jednego ze swoich przyjaciół w Londynie (wspomnianego już wyżej ppłk. Przemysława Kraczkiewicza). W okresie jego prezesury struktury WiN prowadziły najbardziej aktywną działalność propagandowo – informacyjną, stopniowo ograniczaną dopiero po sfałszowanym przez komunistów czerwcowym referendum roku 1946. Ten okres działalności pułkownika, de facto wówczas przywódcy Polski Podziemnej, szczególnie jego zamierzenia koncepcyjno – organizacyjne, problemy z „terenem” (aktywność oddziałów partyzanckich), a także myśl polityczna Zrzeszenia z tego okresu, zasługują na przeprowadzenie gruntownych badań źródłowych. W tym czasie, z każdym tygodniem, komuniści umacniali się u władzy przekazanej im (i zabezpieczonej) przez Sowietów. Trzy lata później znany dowódca partyzancki z Lubelszczyzny, Zdzisław Broński „Uskok”, na krótką przed śmiercią spowodowaną działalnością agenta UB, zapisze w swoim pamiętniku gorzką diagnozę ówczesnej sytuacji kraju: „Polska tonie w czerwonej powodzi…”.

Nie dane było płk. Franciszkowi Niepokólczyckiemu przez dłuższy okres czasu stać na czele Polski Podziemnej. „Zaledwie zacząłem dobierać przede wszystkim ludzi i szkolić jako tako kadry sam poszedłem za kraty, i to, zawdzięczając wskazówkom jednego z dawnych moich znajomych towarzyszy, które to wskazówki przysłał z więzienia. Stało się to 22 października 1946 r., kiedy to [dyrektor Wydziału Śledczego MBP mjr Józef] Różański, zjawił się u mnie w lokalu w towarzystwie kogoś z naszych”, napisze potem z goryczą w jednym z konspiracyjnych listów przekazanych przez kuriera do „polskiego” Londynu. Kierownictwo MBP usiłowało początkowo złamać aresztowanego pułkownika i pozyskać go dla interesów politycznych umacniających się przy władzy polskich komunistów. Wcześniej tego rodzaju metody przynosiły bezpiece istotne efekty operacyjne (np. sprawa płk. Jana Rzepeckiego i jego złamanych – przez postawę dowódcy – podkomendnych). „Różne były perypetie do procesu i po procesie. Miałem wyjść w ogóle bez procesu w marcu 1947 roku i to z wielkim hukiem, bo z awansem generalskim, Virtuti Militari IV klasy, Grunwaldem itp. Posłyszano ode mnie w tej sprawie – nie. Potem Różański rozpoczął ze mną dość ciekawy dialog od słów z ‘Wesela’: ‘Miałeś…(opuścił słowo chamie) czapkę z piór, ostał ci się ino sznur’. Przy tej okazji przejechał się po wszystkich moich przełożonych w Londynie”, pisał w latach 60. Niepokólczycki w liście adresowanym do osiadłego w Wielkiej Brytanii ppłk. Przemysława Kraczkiewicza, nota bene wywiezionym za granicę przez jednego z konfidentów (w/w „Brossa” – „Mocińskiego”) i tą drogą przejętego przez komunistyczne służby bezpieczeństwa.

We wrześniu 1947 r. pułkownik został skazany przez ppłk. dr. Romualda Klimowieckiego w głośnym procesie krakowskim działaczy WiN i PSL na  śmierć. Oskarżał go znany z oszczerczych mów w procesach ludzi Polski Podziemnej/Niepodległej, też jak pułkownik, Wilniuk, płk Stanisław Zarakowski. Z wyroku trybunału wojskowego miał zostać zamordowany w krakowskich kazamatach UB. Jak jego podkomendni z WiN, senator Drugiej Rzeczypospolitej Józef Ostafin, wywodzący się z rodziny ormiańskiej oficer WP ppłk Walerian Tumanowicz, więzień Gross Rosen i polityczny analityk Zrzeszenia Alojzy Kaczmarczyk. Zdołał jednak przeżyć. Z jakich przyczyn ocalał dowódca, podczas gdy stracono jego trzech ludzi, nie jest do dzisiaj jeszcze w pełni wyjaśnione. Nie napisał żadnej prośby o ułaskawienie. Ratować musiała go wtedy jego najbliższa rodzina oraz byli podkomendni. On sam nie chciał wchodzić w żadne układy z „bolszewikami”. Być może był to, a przychylam się tutaj do tezy prof. Tomasza Strzembosza, skutek interwencji Różańskiego: „Usłyszałem wtedy od niego – pisał w swoich wspomnieniach Profesor (o którym będzie dalej również mowa w raportach esbeckich konfidentów) – nigdzie nie zanotowaną wersję, że zapewne żyje, dlatego, iż podległe mu jednostki saperskie AK na jego rozkaz walczyły pod gettem w kwietniu 1943 r., by dokonać wyłomu w otaczającym go murze. Twierdził tak, bo przyszedł do jego celi więziennej złej sławy płk Józef Różański, Żyd i jeden z czołowych ludzi M[inisterstwa] B[ezpieczeństwa] P[ublicznego], i zapytał, czy to prawda, że bronił Żydów z getta warszawskiego. Gdy potwierdził, jedyny raz podał mu rękę”. Jednocześnie podczas tego kilkutygodniowego spektaklu trwała szeroko zakrojona nagonka propagandowa wymierzona w postawionych przed komunistycznym trybunałem polskich działaczy niepodległościowych. Haniebny tekst pt. „Kondotierzy”, oczerniający Drugą Rzeczypospolita i Polskę Podziemną, w poczytnym wówczas „Przekroju” (nr 124, 24-30 VIII 1947, s. 2), napisał także Jerzy Waldorff.

„Po wyroku nastąpiły długie lata więzienia – pisał pułkownik w 1958 r. do ppłk. Przemysława Kraczkiewicza przebywającego w Londynie – bo aż pełnych 122 miesięcy. Nie zmarnowałem ich. Wykorzystałem każdego człowieka, poza pojedynką, żeby nie marnować czasu. Wachlarz ludzi był ciekawy – od profesorów wyższych uczelni do analfabetów, od ludzi z moralnych szczytów do ostatnich i najgorszych odpadków ludzkich. Wszyscy byli dla mnie ciekawi. Od wielu dużo się nauczyłem. Wiele czasu poświęciłem filozofii i innym zagadnieniom ogólnym, a specjalnie zająłem się matematyką i mechaniką budowli. W zasadzie okres ten trzeba podzielić na dwa podokresy. Pierwszy do roku 1949, tj. do czasu aresztowania ujawnionych. W tym czasie uważano mnie (współtowarzysze) za trochę pomylonego. Rozumny był [płk Jan] Rzepecki i] płk [Jan Mazurkiewicz] „Radosław”. Kiedy ich w styczniu [19]49 r. aresztowano, zrozumiano, że ja broniłem pewnych wartości. Logika przegrała, zaczęły się ludziom otwierać oczy. Zrozumieli, że inni stali się narzędziem gry politycznej w rozgrywce wewnętrznej i z Londynem. Taką jest i będzie taktyka komunistów. I wierz mi, niewiele dziś się zmieniło pod tym względem. Drugi okres – dosyć ciężki tym [bardziej], że niektórzy ujawnieni napisali setki stronnic. Wiele z tego uderzało we mnie. Jakoś z tego szczęśliwie wybrnąłem. Trochę jaśniej na duszy zrobiło się, kiedy w prasie zaczęto po październiku 1956 przebąkiwać o zdeptanej godności narodowej”.

Trudni dziś, w świetle wiedzy wyłaniającej się z odtajnionych dokumentów „Bezpieczeństwa”, nie zauważyć, że to płk Franciszek Niepokólczycki, przewidując już w roku zakończenia wojny, że akcje amnestyjne ogłaszane przez MBP wobec niepodległościowego Podziemia miały, od samego początku, zarówno w 1945, jak i 1947 r., w znacznej mierze, przede wszystkim cele operacyjne, miał rację.

Gdy już po odbyciu wyroku, w grudniu 1956 r., płk Franciszek Niepokólczycki zmierzał z Wronek do Warszawy, Polska, o którą walczył w POW, której służył w szeregach korpusu oficerskiego Drugiej Rzeczypospolitej i strukturach KG AK, o którą bił się w Powstaniu Warszawskim i którą miał nadzieje wywalczyć włączając się do organizowania antysowieckiej konspiracji niepodległościowej, już nie istniała. Jej elity polityczne, gospodarcze, społeczne, były wymordowane przez Niemców, Sowietów i polskich komunistów. Nie było orła z koroną, w granicach wasalnego wobec Moskwy państwa nie było Wilna, miasta tak bliskiego pułkownikowi, nie tylko z racji jego wieloletniej tam służby, ale i urodzenia się jednego z synów. Była Polska rządzona przez funkcjonariuszy PZPR, państwo podległe Kremlowi, jeden z zewnętrznych elementów satelickiego systemu Związku Sowieckiego. Władzę sprawował „krajowy” komunista Władysław Gomułka.

Zamieszkał najpierw w Milanówku, następnie od przełomu 1969/1970 r. pobliskim Brwinowie. Aż do śmierci egzystować musiał w półkonspiracji, ostrożnie, chociaż raz po raz włączał się w różne inicjatywy społeczne.

Rodzina

Stryj żony, pułkownik kawalerii Władysław Obuch – Woszczatyński, został zamordowany przez Sowietów w 1939 r. Żona, Anna, wraz z dwoma synami, ze Związku Sowieckiego wyszli potem wraz z armią gen. Władysława Andersa. Wacław (syn), wraz z matką, znalazł się w obozie przejściowym zorganizowanym dla Polaków w Rodezji. Tam z polskiej prasy dowiedzieli się, że Franciszek jest w Krakowie postawiony przed wojskowym trybunałem. W sierpniu 1947 r., 18 letni wówczas Wacław, wspólnie z matką przyjechali do Polski. Zdążyli jeszcze zobaczyć Franciszka podczas wygłaszania przez płk. Zarakowskiego, oskarżycielskiej mowy. Jednej z wielu, jakie ten czołowy prokurator wojskowy reżimu, miał w okresie służby dla partii komunistycznej wygłosić przeciw Polakom nie godzącym się z sowieckim dyktatem. Podczas uwięzienia Franciszka, gdy w pierwszej połowie lat 50. Anna przebywała w Milanówki i Rembertowie, sama była rozpracowywana przez UB w sprawie obiektowej kryptonim „Ocean”.

Zwolnienie z więzienia w końcu 1956 r. Franciszka Niepokólczyckiego nie oznaczało jednak, że UB/SB przestaje się interesować osobą pułkownika. Jak wszyscy inni „amnestionowani” żołnierze podziemia niepodległościowego tak i on, a może właśnie szczególnie on, czołowy oficer KG AK i prezes II ZG WiN, podlegał od momentu wyjścia ścisłej inwigilacji. Tym bardziej, że w przechwyconym w tym samym roku przez funkcjonariuszy zajmujących się perlustracją korespondencji liście do znajomych miał on stwierdzać, że „walka nadal trwa, dając tym do zrozumienia swoje nieprzejednane stanowisko z zamiarem udziału w tej walce”. Dlatego też bardzo szybko zjawili się u niego, „zgodnie z otrzymanymi instrukcjami”, konfidenci.

Jak dzisiaj wiemy co najmniej kilkunastu. Kilku z nich możemy, bez zbytniej przesady, określić mianem dobrych znajomych pułkownika. Przynajmniej Niepokólczyccy tak sądzili, zapraszając ich na rodzinne uroczystości, kombatanckie spotkania, rocznicowe nabożeństwa. Niektóre ze spotkań pułkownika, odbywane w latach 60. ze znajomymi z okresu służby w szeregach Polski Podziemnej, zapewne musiały przebiegać w atmosferze takiej, jaką sugestywnie przedstawił na łamach paryskich „Zeszytów Historycznych”, przebywający wtedy w Buenos Aires, wspomniany już Stanisław Lis – Kozłowski: „’Teodor’ był tradycjonalistą w najlepszym słowa tego znaczeniu. Tradycję zachowywał i tworzył. W pokoju, w którym przyjmował odwiedzających go, w skromnym mieszkaniu w Brwinowie, na pustych po za tym ścianach wisiały jedynie dwie duże fotografie Marszałka, Częstochowska i przy drzwiach wejściowych symbol Polski Walczącej – kuta w żelazie kotwica, pod nią takiż mały kinkiet z woskową świecą. Zapalało się ją – a był to przywilej wnuka – tylko wówczas, gdy gościem był dawny towarzysz broni – Akowiec”. Niepokólczyccy nie wiedzieli jednak, że z każdego spotkania z „Frankiem” pozyskani konfidenci przekazywali SB kilku lub nawet kilkunastostronicowe raporty.

Nieugiętą wobec komunistów postawę Niepokólczyckiego chyba najbardziej trafnie zdefiniował swego czasu jego podkomendny. „[W PRL-u] nadal pozostał wierny swym ideałom. Nie przez jakiś upór, czy zatwardziałość, czy zawężenie horyzontów, lecz z głęboko przemyślanego przeświadczenia o słuszności swego stanowiska. Z żelazną konsekwencją odrzucał wielokrotnie wszelkie sugestie, odpowiadał odmownie na propozycje, które nie zgadzały się z linią jego dotychczasowego postępowania, nie były zgodne z jego pojęciem żołnierskiego honoru. A propozycje te mogłyby mu zapewnić nie tylko dużo dostatniejsze i wygodniejsze bytowanie, ale przede wszystkim bezpieczniejsze i spokojniejsze ostatnie lata życia”. Trzeba przyznać, że aż do śmierci, egzystując w trudnych warunkach PRL-u, płk Franciszek Niepokólczycki godnie reprezentował Polskę Podziemną. Głęboko też wierzył, że Polacy wcześniej czy później odzyskają niepodległość, ale muszą w tym kierunku działać, przynajmniej w tzw. pracy organicznej. Wspomniany już tutaj Stefan Korboński zapamiętał go z okresu spotkań w czasie okupacji niemieckiej i Powstania Warszawskiego jako „niepoprawnego optymistę”.

Schyłek życia płk. Franciszka Niepokólczyckiego, kiedy zarówno on jak i jego żona, borykali się z dolegliwościami wieku, nie skłonił funkcjonariuszy SB do zaprzestania działań operacyjnych wymierzonych w jego osobę. Były one prowadzone nawet jeszcze w czerwcu 1974 r., gdy w Warszawie i Brwinowie, trwały już uroczystości pogrzebowe pułkownika, zmarłego, jak czytamy w nekrologu prasowym, „po długich i ciężkich cierpieniach”. Oprócz kolegów i podkomendnych „Franka”, towarzyszących mu w jego ostatniej drodze obecni byli tam również cywilni funkcjonariusze bezpieki oraz co najmniej trzech konfidentów, wcześniej przez wiele lat inwigilujących pułkownika.

Potem przyszły następne pokolenia.

Formy oporu i symboliki Polski Podziemnej były w latach 80. przez podziemną „Solidarność” przyjmowane. Kolczatka podkładana na trasie przejazdu zomowskiej kolumny, butelka z benzyną wrzucana do gmachu bezpieki, pomoc przekazana dla uwięzionych, ulotka przyklejona na murze, gazetka wyłożona w fabryce, radiostacja nadająca z dachu wieżowca… Malowany na murach znak Polski i „Solidarności” Walczącej był chyba najbardziej wymownym symbolem zmiany warty „bandyckich” pokoleń. Pół wieku od czasu pojawienia się w lipcu 1944 r. w Wilnie i we Lwowie pancernych zagonów Armii Czerwonej rzeczywistość nad Wisłą pokazywała kto był kim. Kto ideowo i rodzinnie wywodził się ze środowisk Stefana Roweckiego i Władysława Raczkiewicza, kto wyszedł ze „szkoły” Iwana Sierowa i Bolesława Bieruta. Uważny obserwator mógł dostrzec także kto szedł śladami mieszkańca Wilna Feliksa Dzierżyńskiego, a kto kroczył ścieżkami kwaterującego również jak „pierwszy czekista” na wileńskiej Bakszcie Józefa Piłsudskiego.

Gdy sowieckie „wyzwolenie” stawało się w Polsce ponurą rzeczywistością, w połowie października 1944 r. Winston Churchill wspominającemu o aresztowaniach i deportacjach Stanisławowi Mikołajczykowi szczerze definiował realia kończącej się wojny: „O ile nie przyjmiecie granic będziecie wyeliminowani na zawsze. Wasi ludzie zostaną zlikwidowani. Jesteście na granicy zagłady”. Mówił nie jako szef rządu zaprzyjaźnionego z Polską państwa.  Pouczał jak premier rządu kolaborującego z najeźdźcą zamierzającym podbijać Europę. Zanim ogłosił hasło o „zależnej kurtynie” był już blisko Artura Neville Chamberlaina. Wskazywał na „straszliwie rzezie, jakie czekają wasz [polski] ruch podziemny”. Operacje na Kresach Wschodnich Drugiej Rzeczypospolitej kończyły się dokonywanymi przez „specgrupy”, „istriebitieli”, „milicje” pacyfikacjami, mordowaniem mieszkańców, deportacjami całych wsi.

W komunizowanej Polsce dzieło zniszczenia struktur i ludzi wywodzących się ze struktur Polskiego Państwa Podziemnego kontynuowali oddający się na sowiecką służbę Polacy. „Słudzy imperium”, pepeerowcy, bezpieczniacy, konfidenci, czekiści wojsk wewnętrznych… „Trzeba było – dodałby w tym miejscu Sergiusz Piasecki – dopiero przyjścia bolszewików – żeby szczury z brudnych kanałów mogły wyleźć na powierzchnię i znęcać się nad ludźmi”. Powstańcy i konspiratorzy zabijani byli z rozkazu szefów partii komunistycznej w Moskwie i Warszawie. Zagłada fizyczna nie oznaczała jednak śmierci idei wolnej Polski. Wilniuki odchodzili „strzelani” na zasadzkach w kamienicach Gdańska i Wrocławia, mordowani we wsiach Podlasia, grzebani w lasach Mazur, wyniszczani we Wronkach i Rawiczu. Ci którzy przeżyli śledztwa i więzienia byli często przez system spychani na kryminalny margines. W końcu lat 40. niekiedy prosili o kromkę chleba, kubek mleka, krótki sen w szopie. Uderzali potem skutecznie. Na filię banku w powiecie, miejski sklep, gminną kasę, konfidentów we wsi. Podbój i opór to dwa zjawiska determinujące dzisiaj oceny dziejów politycznych komunizowanej Polski.

Z dzisiejszej perspektywy komputera niekiedy jeszcze ignoranci nazywają walkę podjętą przez eksterminowanych żołnierzy podziemia „bandytką”. „Wywlekani z celi nad ranem, przez szarych ludzi bez nazwisk i twarzy”, jak po latach ujął mordy żołnierzy Polski Podziemnej bard Andrzej Kołakowski, pozostawili jednak legendę, którą komuniści, ich ideowi następcy, uczelniani wychowankowie, nie zdołali zniszczyć i zrelatywizować. Wchodzącego do wsi podchorążego w zniszczonej marynarce i polowej rogatywce; cywila pukającego do drzwi kamienicy, w kaszkiecie, z odciskającym się pod płaszczem Parabellum; znajdowanego w bramie trupa konfidenta; zdobytej i podpalonej siedziby powiatowej bezpieki; zlikwidowanego przed wejściem do kina pijanego enkawudzisty; zastrzelonego na wiejskiej drodze pepeerowca. Pozostawiona obok karteczka z pieczątką z orłem w koronie wskazywała wykonawców. Rozbity przez ich kolegów ze szwadronu sklep monopolowy, zabrany z kasy gminnej tygodniowy utarg za sprzedaną wódkę, przeznaczony był nie tylko na zapomogi dla ukrywających się w mieście partyzantów. Był także pomocą dla rodzin poległych i wymordowanych.

Termin „wojny domowej” jest już dzisiaj tylko archaizmem pochodzącym z propagandowego kanonu. Wyciągnięte pod kryminalną przykrywką „napadu” w Gdańsku Visy i TT-tki, były kontynuacją akcji „polnische banditen”/„białopolskich legionów”. Tzw. eksów zapisywanych wcześniej w kartotekach Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Trzeciej Rzeszy lub Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych Związku Sowieckiego, potem rejestrowanych w kartotekach Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego jako „czyny bandyckie” na inne konta. „Wyzwoliciele” nosili wtedy nie tylko sorty Armii Czerwonej i otoki NKWD. Mieli również mundury i rogatywki stylizowane na polskie.

„Polscy bandyci” drogowskazów pozostawili wiele. Również w ostatniej dekadzie istnienia PRL-u. Komuniści nie zdołali zrównać z walką o niepodległość zachowań i postaw kolaboracyjnych i konfidenckich. Nie zdołali zabić pamięci o „reakcjonistach”, „bandytach” i „warchołach”. Obecnie, jak trafnie zauważają historycy, nazywanych „kontrowersyjnymi”. Zastrzelonego przez szwadrony ZOMO w kopalni sztygara, zabitego na ulicy przez esbeka demonstranta, wydanej drobnym drukiem zakazanej książki, przyklejonej na murze ulotki, rzuconego w atakującego milicjanta kamienia. Testament Polski Walczącej, konstytucja kolejnych „zbandyciałych” pokoleń, została przejęta przez ludzi „Solidarności”, kolejnego po AK i WiN-ie etapu polskiego ruchu niepodległościowego.