Patrol czyli nowe narodziny

2
4621

Rok 199…, gdzieś na pojezierzu Drawskim

Siwowłosy mężczyzna leniwie przeciągnął się siedząc w krześle; ziewnął i rozciągnął skrzyżowane  nogi. Ziewnął potężne jeszcze raz. Październikowy wieczór nie nastrajał do długiego dumania. Za oknem szalał wiatr, rozrzucając podmuchami tumany  liści. Starszy człowiek z zadowoleniem popatrzył na długi stół, na którym w równych szeregach stały  słoiki z marynowanymi grzybami. W dużym pomieszczeniu zawierającym kuchnię, jadalnię i część wypoczynkową było przytulnie i swojsko. W kominku buzował ogień a spod powały drewnianego sufitu zwisały warkocze borowików, koźlaków i podgrzybków dostarczając wspaniałego aromatu tak charakterystycznego dla tej pory roku. Tkliwie i z jakąś czułością popatrzył na śpiącego na swoim legowisku charta Oskara. Później podszedł na chwilę do fotela, gdzie rozkosznie drzemała pręgowana kotka i najdelikatniej jak mógł pogłaskał ją wywołując tym kocie mruczenie. Odkąd zmarła żona a córki wyprowadziły się zakładając własne rodziny, dla starszego pana zwierzęta te stały się częścią rodziny a chart ponadto pełnił ważną rolę towarzysza jego myśliwskich wypraw. Córki z wnuczkami bowiem nie przyjeżdżały zbyt często a jego także nie ciągnęło do miejskiego szumu. Wolał swoje lasy i odludzie, w którym czuł się najlepiej.

Sprawdził jeszcze raz czy zamknął drzwi wejściowe. Później po kolei otwierał okna, wychylał się i zamykał drewniane okiennice. Gdy skończył powoli podszedł do drewnianej komody i wyciągnął zawinięty w naoliwione szmatki przedmiot oraz lekko pożółkły gruby brulion. Po chwili zręcznymi ruchami wyjął pistolet, dwa magazynki z nabojami i niewielki przedmiot w kształcie tarczy. Był to ryngraf z Matką Boską Ostrobramską.

Pistolet – belgijska „efenka” i niewielki ryngraf… Dwa przedmioty, niemi świadkowie jego ukrywanej przez dziesięciolecia tożsamości; tego kim był naprawdę… Przechowywał je starannie, w wielkiej tajemnicy na strychu w własnoręcznie zrobionej skrytce podczas wieloletniego remontu zrujnowanej niemieckiej leśniczówki, w której pracował jako leśniczy i zamieszkiwał z rodziną. W brulionie była opisana jego i innych prawdziwa historia. Ich jedynym pechem było to, że urodzili się aby żyć w wyjątkowo tragicznych i okrutnych czasach.

Trzymał w dłoniach ryngraf wpatrując się w niego przez chwilę a przed jego oczami pamięci znów przesuwały się dynamiczne obrazy z tamtego dnia i nocy…

28 czerwca 1948 roku. Kurpiowszczyzna. Las pod wsią Bandysie.

Na miejsce koncentracji dotarli nad ranem. Wówczas był komendantem Powiatu o kryptonimie „Szczerbin” Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. W jego skład wchodziła część gminy Myszyniec i Łyse (powiat Ostrołęka) oraz prawie cała gmina Rozogi w powiecie szczytnieńskim.

Naprawdę nazywał się Kazimierz Niewiadomski ale na Kurpiach bardziej był znany pod pseudonimem „Wicher”. Urodził się niedługo po bolszewickiej wojnie. Ojciec ochotnik z ’20 roku zdecydował się na pracę w policji. Świeżo upieczony oficer został oddelegowany do Wołożyna, miasta powiatowego tuż przy granicy z Sowietami. Tam też ożenił się  z córką leśniczego z puszczy Nalibockiej. Dla małego Kaziuka dziadek był prawdziwym skarbem. To on zaszczepił małemu dzieciakowi miłość do lasu, natury i dzikiej zwierzyny. Nauczył rozpoznawać i odróżniać zwierzęce tropy i ich dźwięki, pokazywał jak należy w lesie poruszać się po cichu. Malec poznał nazwy drzew, roślin, grzybów i owoców leśnych. Dziadek i ojciec byli zapalonymi myśliwymi. Gdy skończył 7 lat towarzyszył im w prawdziwej wyprawie łowieckiej. Ukończył szkołę powszechną a później edukację kontynuował w gimnazjum w Nowogródku. I prawdopodobnie studiowałby leśnictwo gdy nie napad Hitlera i Stalina. Wywróciło to do góry nogami cały świat Kazimierza. Ojciec – oficer policji został zamordowany przez bolszewickich dywersantów tuż po 17 września. Dziadek, matka i najbliższa rodzina pojechali pierwszym transportem na „białe niedźwiedzie”. I słuch o nich zaginął… Jemu w ostatniej chwili udało się uciec z konwoju. Klucząc, to znów ukrywając się, po różnych perypetiach dotarł do  Wilna, gdzie zamieszkał kątem u dalszej rodziny. Imał się różnych zajęć aby przeżyć. Pod koniec ’42 złożył przysięgę i wstąpił do Armii Krajowej. Rok później rozkazem swoich zwierzchników wstąpił w szeregi białoruskich formacji pomocniczych policji. Polskie podziemie jak tylko mogło, „wprowadzało” swoich ludzi do tych oddziałów. Wkrótce  takich jak on było kilkudziesięciu. Znienacka wczesną wiosną ’44  formacje pomocnicze Niemcy ewakuowali na zachód. Z powodu pośpiechu nie zdołano nawiązać kontaktu z miejscowymi strukturami AK. Niedługo później (maj 1944 roku) duży oddział Polaków, świetnie uzbrojony i posiadający „nadwyżki” broni i amunicji znalazł się na terenie Puszczy Kurpiowskiej. Dowódca kresowych przybyszów chor. „Las” – Józef Kozłowski nawiązał kontakty z miejscowym dowództwem AK i wkrótce jego żołnierze bili się z Niemcami w puszczańskich ostępach w ramach operacji „Burza”.  Wilniacy byli świetnymi, doświadczonymi i głęboko ideowymi żołnierzami. Gdy północne Mazowsze zajęli Sowieci, chłopcy „Lasa” walczyli nadal. Oni wiedzieli z własnego doświadczenia jak wygląda bolszewickie „wyzwolenie” i nie  mieli w związku z tym żadnych złudzeń. Przez większą część 1945 roku bili się w szeregach akowskich a późną jesienią 1945 roku po rozmowach chor. Lasa” z Komendantem Okręgu XVI Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, kpt. „Młotem” – Zbigniewem Kuleszą; przeszli do NZW.

Żołnierze z Wileńszczyzny pełnili wiele odpowiedzialnych funkcji w organizacji, należeli do najbardziej twardych i niezłomnych. Po amnestii ’47 roku to właśnie „Las” został Komendantem Okręgu XVI gruntownie go reorganizując.

Wiosną 1948 roku po zdymisjonowaniu dotychczasowego komendanta powiatu „Szczerbin” sierż. „Romana”, „Las” na to stanowisko mianował „Wichra”.

Około 20 czerwca otrzymał on rozkaz stawienia się na koncentrację na polanie w lesie niedaleko wsi Bandysie. Termin wyznaczono na 28 czerwca. Oprócz jego patrolu miały przybyć niewielkie oddziały „Sępa”, „Orzyca” i chłopcy od „Roga”.

To był upalny dzień. Od samego rana żar dosłownie lał się z nieba, panowała straszliwa duchota. „Wicher” wydał rozkazy, rozstawiono warty. Mimo upływającego czasu nie dotarł do nich żaden z pozostałych patroli. Cierpliwie czekając na pozostałych usiłowali przetrwać jakoś tą iście piekielną pogodę. Nieopodal niego w cieniu sosny drzemał „Jur” – kresowiak tak jak i „Wicher”. Wielkie chłopisko z dłońmi jak bochny chleba; nadzwyczaj biegle posługiwał się erkaemem Diektiariewa. W jego plecaku musiało być zawsze przynajmniej 5 zapasowych dysków z amunicją. Inni erkaemiści nosili po 2, góra 3…

Zapamiętał, że około 16,  wartownik „Ryś” przyprowadził kilkunastoletniego chłopaka. „Panie komendancie, mówi, że do Pana” – zameldował. „Wicher” poznał chłopaka. To był Boguś syn „Śliwy” dowódcy okolicznej drużyny NZW.  Mieszkał w Bandysiach.

Panie Komendancie, Tato kazali przekazać żebyście uważali. KBW otacza wieś. Nadjeżdża coraz więcej samochodów!”.

Przekaż Ojcu, że dziękujemy. Teraz zmykaj do domu tylko tak, żeby Ciebie nie capnęli. Uważaj! – szybko zareagował zaniepokojony„Wicher”.

Alarm bojowy. Sprawdzić broń! „Gżegżółka” na zwiad! Sprawdź skraj lasu i wracaj!” – szybko wydał rozkazy.

Błyskawicznie dopinali bluzy mundurów i wkładali buty, chociaż oddychali z trudnością. „Wicher” popatrzył na niebo. Podstawy chmur nabierały sinogranatowej barwy. „Będzie burza jak nic!” – przeszło mu przez głowę.

Nadal czekali. Około 18 na polanę wpadł zdyszany „Gżegżółka”. „KBW…! Setki…! Dojeżdżają nowe ciężarówki! Formują kordon i otaczają las!” – jednym tchem wyrzucił z siebie żołnierz ciężko dysząc.

Słowom tym towarzyszyły z oddali pomruki zbliżającej się burzy.

„Skurwysyny musieli dostać cynk, bo jak inaczej…! – zaczął ale nie skończył „Jur”. Na niebie rozległ się warkot zmieszany z szumem. Tym razem to nie były dźwięki zbliżającej się nawałnicy. Za chwilę wszystko stało się jasne. „Pod drzewa i na ziemię! Padnij! Samolot!” – ryknął dowódca. Na niebie pojawiło się kilka samolotów. Obniżając lot zatoczyły koło. Spod ich podwozią oderwały się jakieś przedmioty. W kilka sekund później lasem i rozgrzanym powietrzem wstrząsnęły odgłosy wybuchów. Bomby eksplodowały sto-dwieście metrów od ich stanowisk, na moment ogłuszając pięciu partyzantów.

Maszyny odleciały. Nalot trwał kilka minut. „Wicher” dość szybko oprzytomniał i odzyskał zimną krew. „Wszyscy do mnie! Przebijamy się! Z przodu idzie „Gżegżółka” i „Jur”! Jakieś 200 – 300 metrów za wami ja, „Ryś” i „Szarak”. W razie gdybyśmy wpadli w „kocioł” każdy przebija się własną rękę! Punkt kontaktowy pod Rozogami znacie podobnie jak hasło i odzew! Ruszamy!!”  – zakomenderował.

Odbezpieczali broń i ruszyli przed siebie. Pochyleni posuwali się dość szybko, kryjąc się za drzewami. Burza była coraz bliżej. Powietrze przecinały wstęgi błyskawic; co i raz rozlegały się grzmoty.

„Wicher” czuł coraz większe bicie serca. Maszerował pochylony trzymając automat  wysunięty do przodu. Spojrzał w bok na „Szaraka”. Podobnie jak „Ryś” był młodym chłopakiem bez większego doświadczenia w partyzantce. Byli Kurpiami, dołączyli do oddziału z „siatki” gdzie zostali zdekonspirowani. Chłopak miał bladą twarz, zaciśnięte usta a z kącików jego oczu wyzierał strach. „Jak idziesz na randkę ze śmiercią, to zawsze musi być strach! Taki co podchodzi do gardła i…” – nie dokończył już myśli „Wicher”. Z  przodu przed nimi, rozległa się długa seria z „dziekciara” zmieszana z trzaskami „pepeszy”. „Jur” i „Gżegżółka” musieli się natknąć na KBW.

Do tyłu! Skokami” – podjął decyzję dowódca. Do strzelaniny dołączyły grzmoty burzy i błyskawice. Dobiegły ich eksplozje granatów. Palba nie zamierała.

„Szybciej chłopcy! Nie guzdrać się” – nawoływał  „Wicher”. Zdyszani niemiłosiernie z zalewającym potem twarzą wpadli  na „ich” polankę. Granatowe chmury zakryły niebo, stało się prawie ciemno. Za chwilę rozpętała się ulewa.

Było to wydarzenie jedyne w swoim rodzaju. Momentalnie z nieba spadł  istny potop! Strumienie deszczu połączone z wichurą stworzyły niesamowite zjawisko z miotającymi przez wiatr ścianami wody i drzewami przygniatanymi niewidzialną siłą do ziemi. Widoczność zmniejszyła się do kilku może do kilkunastu metrów. I wtedy „Wicher” zrozumiał, że jest to dla nich dar niebios.

„Chłopcy!!” – krzyknął a dwaj jego żołnierze przysunęli się do niego jak najbliżej. Wszyscy byli całkowicie przemoczeni, na ich mundurach i odzieży nie było suchej nitki. W butach chlupotała woda. „To nasza jedyna szansa. Przebijamy się pojedynczo! Każdy na własną rękę! Punkt kontaktowy pod Rozogami i hasło znacie. Czekać na mnie lub na człowieka,  który pojawi się z hasłem! Ruszamy! Tylko ostrożnie i powoli! Z Bogiem!” – przekrzykiwał nawałnicę i grzmoty. Ostatnim słowom towarzyszyły krótkie uściski dłoni jego żołnierzy.

Nie pamięta jak długo czołgał się i przeskakiwał, padał  i znów przebiegał  kilkanaście metrów. Oblepiony i uwalany błotem i leśnym igliwiem , w potokach szalejącej nawałnicy przypominał bardziej baśniowego stwora aniżeli człowieka. Jednak nabyte w dzieciństwie i wczesnej młodości puszczańskie doświadczenie połączone z instynktem spowodowały, że wygrał  to co najcenniejsze: wyścig o życie. Wydostał się z „kotła”.

Po dwóch dniach nocnych marszów przez lasy dotarł wreszcie do wsi Niedźwiedź. Na pół przytomny rankiem dowlókł się do zaufanego kwatermistrza, u którego leczył się zimą z ’45 na ‘46. Zachorował wtedy na zapalenie płuc. Gospodarzowi imieniem Józek wystarczyło tylko rzucić okiem na „Wichra” aby nie zadawać zbędnych pytań. Bez słowa wprowadził go do domu. Pomógł się przebrać, wysłuchał kilkunastu oderwanych od siebie słów. „Wicher” nie odczuwał nawet specjalnie głodu ani pragnienia. Jedynie czuł, że jest na granicy swoich  fizycznych możliwości. Nogi były niczym z drewna, głowa opadała co chwilę w dół a oczy same się zamykały…Gospodarz szybko ukrył mundur i broń. Pomógł „Wichrowi” wejść na strych domu. Żołnierz położył się, zamknął oczy i poczuł, że leci w bezdenną przepaść…

Spał prawie dobę. Ocknął się i oprzytomniał, dopiero rankiem następnego dnia, gdy Józek wszedł na strych z żarciem. Chleb, słoninę  i ser połykał prawie bez przeżuwania. Był zwierzęco głodny. Gdy zaspokoił głód podniósł wzrok na ponurą twarz kwatermistrza, której już sam wyraz świadczył, że doszło do czegoś strasznego.

„Kazik, jest źle!” – zaczął przyciszonym głosem Józek. „Rozpieprzyli komendę. Gdzieś w lasach koło Kadzidła. Na naszych poszła potężna obława. Wojska i KBW było więcej niż drzew w lesie… Nie mieli żadnych szans! Bronili się przez godzinę czy też dwie ale bez możliwości wyrwania się …” – chłop pokręcił głową jakby z niedowierzaniem, że do tego doszło. „Wicher” mimo zmęczenia aż podskoczył na prowizorycznym posłaniu.

„A cco z „Lasem”?! Iii.. z innymi?! – zdenerwowanym głosem wyjąkał partyzant.

Las” podobno ranny wpadł w ich łapy. Tak samo „Witold”, „Sęp” i inni. Kilku zostało zabitych. Ale najgorsze, że dostali też papiery sztabu…Od kilku już dni bezpieka jeździ wokół Myszyńca, Kadzidła, po innych wsiach i aresztują…- przygnębionym tonem odpowiedział gospodarz.

To pewne?! Skąd wiesz?!” – gorączkowo dopytywał się Kazimierz.

Pewne na sto procent. A skąd wiem?… No co ty, dzieciak jesteś?! Ja już za Niemca w tym siedziałem…Po co zadajesz głupie pytania?” – gniewnie odparował gospodarz.

Siedź tu i dochodź do siebie. Spotkamy się wieczorem w izbie”..

„Wicher” nie mógł zasnąć. Przez głowę początkowo przebiegło kilka myśli. Odpędził wszystkie bo dla niego stało się wszystko jasne. Zadecydowała ostatnia rozmowa z kapitanem „Lasem”… Pod koniec kwietnia podczas odprawy komendantów powiatowych, po jej zakończeniu dowódca nieznacznym ruchem głowy skinął na niego. Wyszli niespiesznym krokiem poza stodołę gospodarstwa, gdzieś na kolonii pod Czarnią, w której odbyło się spotkanie. „Kazik…”- „Las” przez dłuższą chwilę milczał wpatrując się w twarz swojego podkomendnego – „zapamiętaj dobrze to co powiem. Prawie jak modlitwę. Gdybym zginął lub coś by mi się stało…” – stanowczym gestem nie dopuścił do protestu – „…zostajesz zwolniony z przysięgi! Dostaniesz ode mnie lewe papiery i kartkę, której nauczysz się na pamięć. To twój nowy życiorys. Wyjedziesz stąd i wtopisz się w nowe otoczenie. Zaczniesz nowe życie”.

„Nie rozumiem…Ale o co chodzi? Dlaczego ja?..” – wymamrotał zaskoczony „Wicher”.

„Dlaczego?!… Pamiętasz ilu nas było gdy przyszliśmy z wileńskiego na Kurpie w ’44 i ilu nas teraz zostało? Nie chcę żeby wszyscy zginęli. Musisz przeżyć. Nie powtarzaj tego nikomu ale jesteśmy skazani …Walczymy tak naprawdę o świadectwo i o jeszcze jeden rok a może tylko o miesiące życia. To tylko Pan Bóg wie… Jeżeli na świecie się nic nie ruszy i Zachód się nie weźmie za łby ze Stalinem to nie mamy żadnych szans! Mój ostatni rozkaz dla Ciebie: w przypadku, który określiłem wcześniej rozpoczynasz nowe życie. Rodzisz się na nowo. I opiszesz to wszystko czego świadkiem i uczestnikiem byłeś. Żeby nie zaginął ślad po nas tak jak  zaginie po naszych szczątkach. Nie zawsze będziemy pod sowieckim butem. Przyjdzie kiedyś Polska taka prawdziwa. I wtedy chciałbym aby to wyszło na jaw… Wykonaj rozkaz synku, łatwiej będzie mi złożyć głowę. .. A teraz bierz kopertę ze swoimi nowymi papierami i strzeż jej jak oka w głowie.”

Wiedział już jak postąpi.

Wieczorem po kolacji z Józkiem, poprosił o zwrot koperty, którą przekazał na początku maja do ukrycia. Westchnął  i nachylając się do gospodarza cichym głosem oznajmił: „Ziutek, widzimy się po raz ostatni. Pryskam przez zieloną granicę na Zachód! Wszystko jest zorganizowane! Rozkaz „Lasa”. Mam dwie prośby: wykombinuj cywilne łachy dla mnie, spal mundur. Automat ukryj. „Efenkę” i magazynki zabieram. No i ryngraf. A teraz sprawa druga: pojedziesz pod Rozogi. Miejscowość później podam. Gospodarstwo na kolonii, hasło: „Wilno”, odzew: „Ostra Brama”. Jeżeli będzie tam ktoś z mojego patrolu wydasz im polecenie w moim imieniu. Mają wyjechać na ziemie zachodnie i się przyczaić. To wszystko” – jednym tchem wyrzucił z siebie „Wicher”. Bajeczkę o skoku do zachodniej Europy wymyślił na poczekaniu. Musiał przecież zatrzeć ślady. Do Ziutka czuł zaufanie ale w przypadku „wpadki”, na UB wytrzymywali tylko nieliczni…

Józef dumał w milczeniu. Wreszcie przerywając nieznośną ciszę lakonicznie oznajmił: „Zrobi się. Weźmiesz mój garnitur, dwie koszule. I walizkę. Reszta też zostanie załatwiona”. Wstał podszedł do kredensu, wyjął litrową butelkę wódki i stawiając ją na stole powiedział: „Jak się Polacy żegnają to muszą wypić strzemiennego!”. Wstawał blady świt, który był świadkiem ich ostatniego strzemiennego….

Tego dnia w nowym ubraniu i z nową tożsamością rozpoczął drugie życie.

Rok 199…, gdzieś na Pojezierzu Drawskim.

Nadal siedział przy stole wpatrując się w ryngraf. Myślami wracał z podróży w czasie. Tak jak przewidział to „Las” w ich ostatniej rozmowie – zginęli prawie wszyscy… Najczęściej w walce z bronią w ręku; niektórzy w beznadziejnej sytuacji wybierali samobójczy strzał. Nielicznych jak „Lasa”, „Klona”, „Sępa” i „Witolda” po procesach zamordowali w piwnicach UB.  Najdłużej walczyli chłopcy od  Herusia – „Roga”. Ostatni z nich  „Czarny” zastrzelił się otoczony przez UB-owską watahę dopiero w sierpniu 1954.

Stary człowiek westchnął ciężko i wstał z krzesła, chowając pistolet i ryngraf wraz z zeszytem do drewnianego pudełka. Za kilka dni przekaże to notariuszowi. Wykonał ostatnie polecenie „Lasa”. W brulionie spisał dzieje swoje i ludzi, z którymi wspólnie walczył. Ale on sam ujawniony zostanie dopiero po śmierci. Nie chciał powodować szoku u najbliższych i ujawnić swojej prawdziwej historii. Po co im wywracać życie do góry nogami… Nie zależało mu także na rozgłosie i medalach. Dla jego pokolenia błyskotki nie były najważniejsze. Swoją ostatnią wolę zlecił notariuszowi, który po śmierci miał rodzinie odczytać testament i wręczyć drewniane pudełko zawierające jego prawdziwą historię. Przez dziesiątki lat znakomicie wczuł się w rolę zupełnie innej osoby a nakaz milczenia i tajemnicy, który wyniósł z burzliwych lat wojny i konspiracji, tylko ten stan pogłębił. Ogień w kominku już całkowicie wygasł. Odłączył lampkę i powoli  wszedł na drewniane schody prowadzące na piętro do niewielkiej sypialni. Tam odmówi wieczorne modlitwy z nieodłącznym „Wiecznym odpoczywaniem…” za dusze wszystkich poległych i zamordowanych kolegów. A później sen. Już czas…

Robert Radzik

Od autora:

Opowiadanie jest oparte na prawdziwych wydarzeniach, do których doszło 28 czerwca 1948 roku w okolicach wsi Bandysie. W dniu tym miało dojść do spotkania kilku patroli bojowych wchodzących w skład XVI Okręgu NZW o kryptonimie „Orzeł”. Miejsce koncentracji – las niedaleko Bandyś został otoczony przez potężną obławę (ponad 1200 żołnierzy KBW, funkcjonariuszy UB i MO). Użyto samolotów i zbombardowano domniemane stanowiska „bandytów”. Z zachowanych dokumentów wynika, że w trakcie przebijania się patrolu plutonowego Kazimierza Niewiadomskiego- „Wichra” zginął NN o ps. „Jur”. W ręce sił komunistycznych dostał się ciężko ranny Stanisław Ałaj – „Gżegżółka”. Pozostałym trzem partyzantom na czele z „Wichrem” prawdopodobnie udało się wydostać z „kotła”.  Niestety nie wiemy co stało się z nimi później. „Wicher” nie występuje w żadnym z późniejszych dokumentów UB. Z posiadanej na dzień dzisiejszy wiedzy nie wynika też, aby kontynuował działalność w następnych miesiącach pod dowództwem chor. Witolda Boruckiego – „Babinicza”. O „Wichrze” wiemy jedynie tylko tyle, że nazywał się Kazimierz Niewiadomski i pochodził z Kresów. Nie znamy miejsca ani daty urodzenia, nie zachowała się żadna jego fotografia. Żołnierzem jego patrolu był NN – „Jur”, także kresowiak. Stanisław Ałaj – „Gżegżółka” ranny dostał się do niewoli. Po ciężkim śledztwie został dołączony do pokazowego procesu w Ostrołęce sztabu Okręgu XVI NZW na czele z Józefem Kozłowskim – „Lasem”. Ałaj został skazany na karę śmierci, którą następnie zamieniono na wieloletnie więzienie. Po wyjściu na wolność zamieszkał w Spychowie, gdzie zmarł w kilka lat później. Nie wiemy nic na temat pozostałych żołnierzy z patrolu „Wichra”, nie znamy nawet ich pseudonimów… Historycznym wydarzeniem, o którym mowa w powyższym tekście jest rozbicie leśnej bazy sztabu Okręgu XVI w lesie niedaleko miejscowości Gleba w dniu 25 czerwca 1948 roku. Autentyczne są także okoliczności, w jakich kilkudziesięcioosobowy oddział Kozłowskiego- „Lasa” znalazł się wiosną 1944 roku na Kurpiowszczyźnie. W opowiadaniu pojawiają się także pseudonimy autentycznych postaci. „Sęp” to Piotr Macuk zamordowany po procesie w Ostrołęce wraz „Lasem” – Kozłowskim. Zamordowano wtedy również „Witolda” – Czesława Kanię i „Klona” – Bolesława Szyszko. Wspomniany Heruś – „Róg” to chorąży Hieronim Rogiński – „Róg” jeden z najdłużej walczących oficerów ziemi łomżyńskiej i północnego Mazowsza. Zginął samobójczą śmiercią otoczony przez UB 18 kwietnia 1952 roku. Marian Borys – „Czarny” swojego dowódcę przeżył ponad 2 lata. Otoczony przez obławę odebrał sobie życie w sierpniu 1954 roku w okolicach Zaskrodzia. Powyższe opowiadanie, choć oparte na historycznych epizodach z tamtego okresu jest fikcją. Co nie oznacza, że nie mogła się wydarzyć naprawdę…