Mjr Marian Kozłowski | Narodowe Siły Zbrojne (cz.2)

0
4831

Dokumenty i zdjęcia, o których mowa w tym opracowaniu,

pokazujące drogę życiowych osiągnięć i działań w czasach przedwojennych oraz wojennych do 1943 roku, zostały wyniesione osobiście przez majora Mariana Kozłowskiego ps. „Lech Przemysław” „Dąbrowa” „Opoka” i jego brata Antoniego ps. „Biały” „Szczerbiec”, z płonącego, z konieczności podpalonego przez nich, rodzinnego domu w Kałęczynie. Wynieśli też bardzo cenne przybory miernicze Antoniego. Niestety niewiele udało się uratować, ponieważ zmuszeni byli do ucieczki przed obławą niemieckiej Żandarmerii. W załączeniu osobiste wspomnienia Mariana z tragicznej chwili, gdy należało poświęcić ukochany dom, by razem z bratem Antonim chronić życie zarówno Ojca Izydora i brata Izydora jr, aresztowanych w wyniku zdrady i więzionych w KL Auschwitz, jak pozostałą rodzinę a także żołnierzy, których dane znajdowały się w archiwum Ruchu Oporu regionu łomżyńskiego i Łomży, przechowywanym na poddaszu domu, w miejscu znanym tylko Izydorowi Kozłowskiemu seniorowi.

W czasie kolejnej, tym razem sowieckiej okupacji i komunistycznego terroru, skutkującego ciągłym prześladowaniem Niezłomnego Wyklętego Żołnierza, te kruche nieliczne pamiątki wraz z niebieskim dzbanuszkiem przypominającym rodzinne śniadania, uratowanym z pogorzeliska, udało się przechować dzięki  narzeczonej a późniejszej żonie Marii z domu Gaj/Gajewskiej. O losach rodziny Marii i zaangażowaniu kolejnych pokoleń tej rodziny we wszystkie polskie patriotyczne zrywy również można by napisać obszerną monografię. Znamienne jest to, że cała rodzina Marii i Mariana Kozłowskich była bardzo oddana i sobie wzajemnie i całkiem obcym ludziom, nigdy nie odmawiając pomocy w słusznych sprawach. Hasło „Bóg Honor Ojczyzna” było zawsze żywe. Świadczą o tym także losy ich przodków.

20 lutego 1940 roku, na rodzinę Kozłowskich spadł kolejny cios, będący udziałem także wielu innych rodzin z terenu tzw. Obwodu Białostockiego. W Giełczynie k. Łomży aresztowano ojca Stefanii z Kowalewskich Kozłowskiej, czyli dziadka Mariana Kozłowskiego, osiemdziesięcioletniego Leopolda Kowalewskiego, rannego w kolano podczas ucieczki przed Rosjanami. Aresztowano też Jego syna Czesława Kowalewskiego u którego mieszkał, oficera Wojska Polskiego, który brał udział w wojnie 1920 roku. Akcję aresztowań i wywózki na Sybir Rosjanie już dużo wcześniej bardzo dokładnie zaplanowali – zabierali całe rodziny według spisów sporządzonych na podstawie doniesień konfidentów o osobach z „niewłaściwą” przeszłością polityczną, zagrażających realizacji powojennych planów Rosji wobec Polski. Wywieziono ich do Solugi, pow. Niandomski, obłast Archangielska. Leopold dał się poznać współzesłańcom jako niezłomny patriota o wielkim sercu – pozostawił po sobie wzruszające wspomnienia. Tak bardzo poruszał Go los głodujących ludzi a szczególnie dzieci, że dzielił się z nimi swoim skromnym przydziałem żywności. Niegojąca się rana kolana powodowała pogarszanie się jego stanu zdrowia i niemożność pracy. Zmarł z wycieńczenia na zesłaniu  20 maja 1941 roku. W liście pożegnalnym napisał: „Bo tutaj jest tak, że kto nie rabotajet tot nie kuszajet. Żegnam Was błogosławiąc. Mąż i ojciec.”

Ci, którym udało się po wojnie wrócić do Polski, wspominają również, że doprowadzał do wściekłości strażników Obozu, gdy siadając pod drzewem  śpiewał polskie pieśni pobożne i patriotyczne.  Informacje te pochodzą m. in. ze wspomnień Czesława Kowalewskiego, któremu udało się przeżyć i z gen. Andersem walczył o wolność, m.in. brał udział w bitwie pod Monte Cassino (informacja od wnuczek Leopolda Kowalewskiego – Lucyny z Kowalewskich Zajkowskiej i Czesławy Kowalewskiej – córek Konstantego Kowalewskiego).

W 1941 roku mjr Marian Kozłowski razem z braćmi, Antonim ps. „Biały” „Szczerbiec” i Bolesławem ps. „Grot”, organizuje na Wileńszczyźnie Ruch Oporu. Wracają do Kałęczyna, gdzie razem z Ojcem – Izydorem Kozłowskim i braćmi Józefem ps. „Mały” i osiemnastoletnim Izydorem juniorem, nazywanym zdrobniale Idek, czynnie włączają się w działalność struktur Polskiego Państwa Podziemnego. W działaniach wspierają Ich dzielnie: matka Stefania z Kowalewskich i siostra Stanisława, późniejsza żona Henryka Dębowskiego.

Ojciec – Izydor Kozłowski – był tzw. stacjonarnym żołnierzem NSZ, który  zaopatrywał oddziały partyzanckie w żywność, lekarstwa itp. oraz zbierał ważne informacje o aktywności wrogów. W różnych miejscach bardzo obszernego strychu dworu, w dobrze zamaskowanych skrytkach, przechowywał m.in. Archiwum – działającego na tym terenie – Ruchu Oporu. W zabudowaniach gospodarczych dworu w Kałęczynie (w stodole) zrobiono dobrze zamaskowane pomieszczenie, w którym ukrywali się i leczyli ranni partyzanci – miało ono zarówno wejście od wewnątrz, jak i  możliwość wyjścia tunelem poza zabudowania. Miejsce to do końca wojny pozostało dla obcych nie odkryte.

Zarówno podczas wojny, jak i po wojnie, oparciem dla walczących o pełną wolność Ojczyzny Niezłomnych Żołnierzy, była wprost nieoceniona pomoc rodziny i przyjaciół a nawet obcych ludzi, którzy nie zważając na ryzyko śmierci i możliwe represje wobec własnych rodzin, zaopatrywali ich w żywność, leki, ubrania, udzielali informacji i schronienia … Tak było i w przypadku partyzantów Kozłowskich.

Między innymi ostatnią noc przed bitwą w Czerwonym Borze, Antoni Kozłowski „Biały”, spędził u swojego wuja – Konstantego Kowalewskiego ps. „Kamień”, również żołnierza NSZ, który przekazał mu wiele cennych informacji, dotyczących różnych spraw ważnych dla działań tamtejszego Ruchu Oporu, po czym całą noc czuwał nad Jego bezpieczeństwem, by Antoni mógł choć trochę odpocząć.

Wczesnym świtem, pod dom podjechała po Antoniego furmanka i odjechał, jak się okazało, na ostatnią walkę z wrogiem, płacąc za nią życiem.

Od grudnia 1942 do końca 1943 roku mjr Marian Kozłowski był członkiem Komendy Powiatowej ZWZ w Łomży.

W 1943 roku na Ziemi Łomżyńskiej zostały utworzone dwa oddziały Akcji Specjalnej NSZ – odpowiednika AKowskiego „Kedywu” (doborowych jednostek specjalnych prowadzących walkę zbrojną z okupantem). Kierowali nimi dwaj bracia Kozłowscy: jednym był Antoni ps. „Biały” „Szczerbiec”, drugim Marian ps. „Lech Przemysław” „Dąbrowa” „Opoka”.

15 grudnia 1943 roku Marian Kozłowski został bardzo poważnie ranny w starciu z Niemcami, podczas przeprawy przez rzekę Biebrzę koło Burzyna. Straty po stronie polskiej były bardzo dotkliwe. Wielu żołnierzy zginęło. Nieprzytomnego dowódcę, jeden z Jego żołnierzy, wyniósł z pola bitwy.

16 grudnia 1943 roku zastępca generała Bora – Komorowskiego mianował kapitana Mariana Kozłowskiego do stopnia majora.

13 kwietnia 1944 roku Marian Kozłowski został postrzelony z automatu w starciu z cofającymi się oddziałami niemieckimi w rejonie Stawisk, gdy okupant w sile batalionu wpadł niespodziewanie na Jego zgrupowanie.

Od maja 1944 roku, na terenie okupowanym przez Niemców, powstała Komenda NSZ – AK, której Komendantem został mjr/ppłk Wacław Nesterowicz ps. „Kalina” a Szefem Sztabu – por/kpt Romuald Kozioł ps. „Łużyca”.  Wówczas to Szefem Wydziału I mianowano majora Mariana Kozłowskiego ps. „Lech Przemysław” „Dąbrowa” „Opoka”.

Od września 1944 do lipca 1945 roku Marian Kozłowski pełnił  jednocześnie funkcję Oficera Organizacyjnego i Wyszkolenia Komendy Powiatowej NSZ kryptonim XIII – „Kaliny”.

Od kwietnia do początku maja 1945 roku mjr Marian Kozłowski „Lech Przemysław” był również Komendantem NSZ powiatu Ostrołęka krypt. „XIII – 10”. Komendantem Powiatu Łomża mianowano wówczas Jego młodszego brata kpt Bolesława Kozłowskiego ps. „Grot”.

W roku 1944, swą działalność niepodległościową rodzina Kozłowskich okupiła wieloma bolesnymi stratami. W przypadkowym starciu z żandarmerią niemiecką, pod Borkowem k. Kolna, ginie Józef ps. „Mały”. Inskrypcja na Jego grobie mówi: „Zmęczony walkami o wolność Ojczyzny spoczął w Bogu”.

23 czerwca, w bitwie w Czerwonym Borze, ginie Antoni Kozłowski „Biały”. Po Jego śmierci, zwierzchnictwo nad całym Obwodem (powiaty: Łomża, Augustów, Grajewo) objął Romuald Kozioł „Łużyca” „Masław” (skrót od Mazurom Sława), który początkowo pełnił funkcję Komendanta Powiatu nr 9 Łomża.

1 listopada 1943 roku w Kałęczynie, w wyniku zdrady, za działalność w Ruchu Oporu, zostaje aresztowany senior rodziny, ojciec braci Kozłowskich – Izydor i najmłodszy z braci Idek – Izydor jr. Razem z nimi aresztowano i innych ludzi z Kałęczyna i okolic, m.in. Władysława Sierzputowskiego. Wszyscy zostali wywiezieni do Treblinki. Obaj Kozłowscy, ojciec i syn, zostali przewiezieni do KL Auschwitz.

Po aresztowaniu Kozłowskich, w domu w Kałęczynie, Niemcy nie zrobili od razu rewizji, dlatego też mjr Marian Kozłowski z bratem kpt Antonim (ps. „Biały”) poszli tam następnego dnia wieczorem, żeby odszukać i wynieść w bezpieczne miejsce wszystko, co w razie rewizji Niemcy mogli uznać za rzeczy obciążające Ich ojca i brata lub mogło zaszkodzić innym osobom. Bardzo ważne było m.in. odnalezienie i wyniesienie owego Archiwum Ruchu Oporu, ponieważ, gdyby to wpadło w ręce okupanta, konsekwencje byłyby niewyobrażalnie tragiczne. Niestety pośpieszne poszukiwania nie zdążyły jeszcze przynieść spodziewanych rezultatów, gdy  usłyszeli warkot wielu samochodów, które utknęły w piaszczystej drodze. Byli to Niemcy. Jednocześnie i z drugiej strony pojawiła się obława. Obaj bracia podjęli błyskawiczną i dramatyczną decyzję – spalić dom. Uczynili to, zdołali uciec, spłonęło wszystko…

Ten, jakże bolesny fakt, major Marian Kozłowski opisuje w swoich wspomnieniach:

„Jak bardzo wiele miejscowości w naszej Ojczyźnie, tak i moją wieś Kałęczyn spotkał okrutny los – pacyfikacja. Dymiły jeszcze szereg dni zgliszcza zagrody Bednarczyków, położonej w lesie… Mój dom został pusty, opuszczony.  Po tragedii nikt z ocalałych członków rodziny nie ryzykował powrotu do domu. Gestapo aresztowało mojego Ojca [Izydora] i najmłodszego brata Izydora jr., oraz mieszkańca naszej miejscowości – Sierzputowskiego Władysława – członków Ruchu Oporu. Prócz tego, w bestialski sposób, wymordowano rodzinę mieszkających na kolonii Bednarczyków. Z tej rodziny ocalała tylko, jeśli mnie pamięć nie myli, ich córka – kilkunastoletnia Tereska, która w tym tragicznym dniu wybrała się wczesnym niedzielnym rankiem do oddalonego o kilka kilometrów kościoła w Dobrzyjałowie.

W tym dniu nie wszyscy byliśmy w domu… tak, że ocalało nas czterech braci i Matka, której udało się uciec z domu i uniknąć losu męża i syna. Siostrę moją właśnie umieściliśmy u ciotki Gosiewskiej, poza domem. Po akcji  Niemców  zabudowania nasze  stały  opuszczone, inwentarzem zajęli się sąsiedzi i mieszkańcy okolicznych wsi.

Teraz dopiero zdaliśmy sobie w pełni sprawę, że ubiegłej nocy udało nam się przeniknąć obławę opasującą wieś Kałęczyn. Dwaj moi bracia – Antoni ps. „Biały” i Józef ps. „Mały” przez kilka godzin byli ścigani przez hitlerowców. Wiedzieliśmy, jacy Niemcy są bezwzględni. Czuliśmy się stuprocentowo „spaleni”. „Białego” i „Małego”  spotkałem na noclegu w okolicznej wsi. Ustaliliśmy szybko, co zrobić, żeby się zabezpieczyć przed dalszymi represjami ze strony wroga. Z przeprowadzonych krótkich badań na miejscu było pewne, że wraz z Gestapo, na miejscu pacyfikacji, był zdrajca spośród społeczeństwa polskiego. Musiał pochodzić z bliskiej okolicy, gdyż znał mieszkańców Kałęczyna. Wszyscy spędzeni mieszkańcy wsi musieli przechodzić przed ciężarówką okrytą brezentem, gdzie siedział zamaskowany i ukryty za Niemcami zdrajca i on wskazał, kogo Gestapo ma zatrzymać. Nie był więc to ktoś obcy a jedynie konfident spośród mieszkańców pobliskich wsi. Należało więc bezwzględnie szybko odszukać go i zlikwidować. Po drugie należało przeszukać i oczyścić z wszelkich materiałów kompromitujących nasz dom, w którym, jak dotychczas, nie było rewizji, mimo aresztowania Ojca i brata. To oznaczało, że wróg maca w próżni! Zdrajca więc niewiele wiedział! Staliśmy przed wieloma wariantami, a więc: wymordowana rodzina Bednarczyków została wydana lub sama się zdemaskowała. Ustaliliśmy niezbicie, że w czasie poprzedzającym tragiczny dzień pacyfikacji ktoś nieostrożny urządzał strzelaninę w lesie otaczającym gospodarstwo wymordowanej rodziny.

Liczyliśmy się z tym, że Gestapo zechce również przeprowadzić dokładną rewizję w naszym domu, gdyż mimo ścisłej konspiracji panującej w naszej Organizacji, nie wiedzieliśmy co o nas wie ów zdrajca, który wskazywał ludzi, którzy zostali przez Niemców aresztowani… Tu ujawnił się ostro dylemat, czy w obszernym naszym domu nie jest coś ukryte, co mogło by świadczyć przeciwko aresztowanemu Ojcu i bratu. Dom był pokryty blachą a deski poddasza służyły za skrytki, m.in. Ojciec chował tam różne dokumenty, by nie wpadły w niepowołane ręce. Brat mój „Biały” (Antoni) miał zamurowane w ścianach domu swoje [bardzo cenne] instrumenty miernicze – teodolit i wszystkie tym podobne aparaty. Po ich wydobyciu trudno było zlikwidować ślady pozostałe po schowkach, a to mogło posłużyć hitlerowcom za dowód, że coś przed nimi ukrywano. Wobec tego jasnym było, że zapobiegawczo należało poświęcić nasz dom i spalić go. Gdyby na przykład podczas rewizji znaleźli „prasę podziemną” lub owo archiwum konspiracyjne byłby to dla nas niewygodny materiał dowodowy przeciw aresztowanym. Nad przeprowadzeniem dokładnego przeglądu dachu zeszło nam do wieczora. Baliśmy się zaskoczenia przez nieprzyjaciela i spieszyliśmy się. Będąc w trakcie przeszukiwań na piętrze domu, w pewnym momencie zauważyliśmy, że przez las Kownacki pełznie ku nam długi łańcuch świateł latarek elektrycznych. To było sygnałem ostrzegawczym, że Niemcy otaczali nas i chcieli swoją niedzielną akcję uzupełnić. To przyspieszyło naszą pierwotną decyzję – należało spalić dom, gdzie mogły być jakieś kompromitujące materiały Ojca, lub któregoś z braci… Szybko więc wyszukaliśmy bańkę z naftą, którą oblaliśmy obficie strych i schody – chwila jeszcze i błysk zapałki rozpoczął dzieło zniszczenia… Staraliśmy się teraz szybko oddalić od błyskawicznie rozprzestrzeniającego się pożaru, jak i od wrogich błysków latarek zbliżającego się łańcucha obławy… Czujnie maszerowaliśmy z „Białym” w kierunku żwirówki, łączącej wieś Wyłudzin  z  Olszynami. Noc była dość ciemna. Wstęgę gościńca zamierzaliśmy  przeciąć pośrodku. Byliśmy czujni szczególnie, gdyż już blisko było skrzyżowanie przecinających się dróg, a pozostawiony za nami łańcuch obławy był nam świeżą przestrogą.

Porozumieliśmy się dotknięciem ręki i kilku susami przeskoczyliśmy pas drogi i padliśmy w rowie przydrożnym. Tu okazało się, że to nas uratowało przed niechybną wpadką. Leżąc na ziemi  i obserwując szosę na lewo i prawo, mimo mroku zauważyliśmy jakieś sylwetki przeskakujące żwirówkę. Nie otwieraliśmy ognia z posiadanych pistoletów, gdyż przeciwnicy byli mało widoczni, a poza tym broń należało ujawnić w decydującym momencie. Posiadane granaty obronne też zostawiliśmy na chwilę rozstrzygającą. Tą skomplikowaną sytuację rozstrzygnął raptem rozbłysły snop światła reflektorów samochodu. Leżąc ukryci w rowie przydrożnym byliśmy niewidoczni dla przeciwników, natomiast my doskonale widzieliśmy przeskakujących na naszą stronę drogi Niemców. Unikając okrążenia, ewentualnego ognia i niebezpiecznego światła reflektorów skoczyliśmy w pole porosłe żytem i zagonami ziemniaków. Biegnąc szybko przez pole słyszeliśmy za sobą charkot biegnących na smyczy psów i tupot podkutych butów żołdaków, starających się nas dopędzić. Światło reflektorów samochodowych teraz widać było na drodze równoległej do naszej ucieczki. Ciążyły nam instrumenty miernicze i inne uratowane z domu przedmioty.

W drodze przygotowaliśmy sobie granaty. Ze strony wrogów nie padł żaden okrzyk. Myśmy również biegli w milczeniu. Byliśmy górą nad naszymi wrogami, gdyż znaliśmy teren. Oczywiście musieliśmy w biegu obserwować naszych prześladowców i być gotowymi do likwidacji najbardziej zagorzałych. Zorientowaliśmy się, że Niemcy mają rozkaz wzięcia nas żywcem, gdyż tylko to tłumaczyło, że nie strzelali do nas. Po drugie wróg bał się strzelać, gdyż w panujących ciemnościach nocy łatwo było trafić kolegę. Ten morderczy wyścig trwał już orientacyjnie kilkanaście minut, a my przebiegliśmy kilka kilometrów. Prześladowcy nasi biegli wytrwale i za wszelką cenę starali się nas otoczyć. Sapanie, rzężenie  psów, które czuły nas i zapewne widziały słyszeliśmy blisko za nami. Było to denerwujące i zmuszało do dość częstego oglądania się wstecz, by nie dopuścić ich zbyt blisko. Wiedzieliśmy doskonale, dlaczego Niemcy nie puścili ze smyczy psów za nami. Dla nich dobrze wytresowany do gryzienia, znęcania się nad człowiekiem pies był o wiele więcej wart od nieznanego, ściganego w ciemności wroga, który mógł zastrzelić psa, gdyby ten zbytnio zbliżył się do niego. Również ze względu na bezpieczeństwo ludności polskiej z okolicznych wsi i osad powstrzymywaliśmy się od użycia granatów lub broni, by powstrzymać pościg. Jeszcze krótki wysiłek i ostatkiem sił dopadliśmy zbawczej ściany lasu. Pod jego osłoną mogliśmy użyć wspaniałych w efekcie polskich granatów obronnych. Lecz to samo zrozumiała i pogoń, i zatrzymała się na widok majaczących w mrokach drzew lasu, tej naturalnej, przyjaznej nam odwiecznej  twierdzy, której bał się wróg…

Już z odległości kilku kilometrów, chwilę jeszcze obserwowaliśmy łunę pożaru naszego domu. Jasno rozumieliśmy ogrom ofiary, którą złożyliśmy na ołtarzu Dobra Narodu. To, co Rodzice budowali wielkim trudem, my puściliśmy z dymem decyzją jednej sekundy… Odwrotu już nie było… Od tej chwili też biedna nasza Matka straciła oparcie w domu własnym i długie lata spędziła w beznadziejnej pielgrzymce. Spotkania nas, członków rodziny, stały się z musu raczej przypadkowe. I nigdy już nie odbudowaliśmy swojego domu a na jego zgliszcza, z liczącej osiem osób rodziny, wróciło tylko czworo…

Wędrując po Polsce nigdzie nie czułem się u siebie, bo spalił się mój dom… Jeszcze po upływie tak wielu lat odżywa obraz huczącej pożogi i ten obraz wiruje w pamięci w ciągu całej powojennej mojej pielgrzymki… tułaczki…”

Izydor Kozłowski senior zostaje zamordowany 17 maja 1944 roku w KL Auschwitz.  Najpierw jednak następuje próba zmuszenia Go do tego, by wydał synów i innych znanych mu członków Ruchu Oporu. Niemcy wrzucają Go do ogrodzonej przestrzeni, do której wpuszczają zgłodniałe psy. Przy samej siatce ogrodzenia zostaje postawiony główny widz Izydor jr (Idek), który ma przejść jeszcze jedną dramatyczną historię w swoim młodziutkim życiu, tak okrutnie doświadczonym strasznymi cierpieniami. I tutaj staje się coś, co Niemców szczególnie rozwściecza – psy nie chcą rzucić się na Izydora Kozłowskiego – ojca. Kładą się na ziemi. Izydor kochał ludzi, konie i psy, które tu wyczuły Jego serce, bo odezwał się do nich a następnie ukląkł i zaczął się modlić. Niemcy ponawiają próbę na drugi dzień. Ponownie Idek jest zmuszony stać przy siatce ogrodzenia i oglądać zamęczenie swojego Ojca. Tym razem psy rzuciły się na Ojca i dopadły Go, jednakże w tym momencie stało się coś absolutnie niespodziewanego – pada strzał – Izydor senior zostaje zastrzelony przez jednego z Niemców, który odebrał oprawcom takie wspaniałe „widowisko”. Jak się później okazało ów Niemiec już następnego dnia został z Obozu wywieziony. Gdzie? – nikt nie wiedział. Idek natomiast pozostaje w rękach oprawców, którzy wykonują na Nim eksperymenty medyczno – chemiczne. Dwa miesiące po śmierci Ojca, całkiem wycieńczony, strasznie chudy zostaje wypchnięty przez współwięźniów przez maleńkie okienko wagonu towarowego z transportu wiozącego grupę więźniów do kolejnego obozu – KL Buchenwald. Współwięźniowie mieli nadzieję, że w ten sposób dają mu szansę na przeżycie i odzyskanie wolności, że jakoś dotrze  do domu. Idek przeżył upadek, ale do domu miał jeszcze daleko.  Niestety bardzo wycieńczony i z wysoką gorączką pada w rowie przy drodze, niedaleko Łomży. Znajduje go tam człowiek jadący wozem, który mimo strasznego stanu Idka, rozpoznaje go, nieprzytomnego zabiera na wóz i zawozi do swojego domu. Tam dno wozu wykładają sianem i wełnianymi narzutami, na tym układają chorego, i tak dowozi Go prosto do ciotki Gosiewskiej w Starej Łomży – na szczęście wiedział, że domu w Kałęczynie już nie było. W domu ciotki była w tym czasie tylko najstarsza siostra Idka – Stanisława, ponieważ Matka poszła do Giełczyna, żeby zdobyć coś do jedzenia. Idek umierał na rękach zrozpaczonej siostry, opowiadając Jej gorączkowo losy swoje i Ojca, od czasu aresztowania w Kałęczynie.

Dziś nie ma już prawie śladu po Domu w Kałęczynie. Zostały tylko dwa stare świerki, które rosły po obu stronach wejścia na podjazd, przed domem. Stoją jak niemi świadkowie tamtych czasów i tamtych wydarzeń. Po wojnie, blachę z zabudowań gospodarczych, Stefania Kozłowska oddała na pokrycie dachu szkoły w Piątnicy, natomiast cegły z rozbiórki  resztek zabudowań, przeznaczyła na ogrodzenie kościoła w Piątnicy.

W styczniu 1945 roku front wschodni ruszył w kierunku Prus Wschodnich i Armia Czerwona zajęła tereny dotąd okupowane przez Niemców. Przed kierownictwem Narodowego Związku Wojskowego stanęło zadanie rozszerzenia działalności na tereny Warmii i Mazur. Podział terenowy został ustalony w „Rozkazie Specjalnym Nr 1” Komendanta Głównego NZW ppłk T. Danilewicza z dnia 26 czerwca 1945 roku: cały kraj został podzielony na Obszary i Okręgi, te z kolei, w zależności od potrzeb i siły Organizacji, dzieliły się na powiaty. Przewidywano utworzenie pięciu Obszarów, powstały tylko trzy: I Warszawski, II Lubelski, V Pomorski. Każdy Obszar miał się składać z trzech Okręgów, jedynie Lubelski z dwóch, ale po pewnym czasie wydzielono w nim także trzeci – Okręg Podlasie.

Obszar I Warszawski, pod względem organizacyjnym, został podzielony następująco:

Okręg Warszawa Miasto, który podlegał bezpośrednio KG NZW,

Okręg I Warszawa, 

Okręg II Olsztyn, który objął mjr Romuald Kozioł ps. „Masław” „Pojawa” do października 1945 roku a po nim mjr Marian Kozłowski ps. „Lech Przemysław” „Dąbrowa” „Opoka”, od października 1945 roku do kwietnia 1947 roku, będący dowódcą Okręgu Olsztyn NZW o kryptonimie „Bałtyk”. Jednocześnie mjr Marian Kozłowski „Lech Przemysław” od kwietnia 1945 roku do początku maja 1945 roku był Komendantem NSZ powiatu Ostrołęka krypt. „XIII – 10”.

Pierwsza połowa 1945 roku, to czas wielu spotkań, mających na celu sprostanie powstałej sytuacji, również organizacyjnej. Do jednego z takich spotkań doszło na Kolonii Małego Płocka, z inicjatywy Jana Tabortowskiego „Bruzdy”. Spotkanie przygotował i miał w nim wziąć udział mjr Marian Kozłowski „Lech Przemysław” „Dąbrowa” z NSZ. Ze strony AKO brał w nim udział m.in. J. Tabortowski „Bruzda”a ze strony NSZ, prócz Mariana Kozłowskiego:  R. Kozioł „Masław” „Pojawa”, W. Nesterowicz „Kalina”, Bolesław Kozłowski „Grot”, I. Ramotowski „Ignac” i Z. Kulesza „Młot”.

Odbywały się też narady w mniejszym gronie, jak ta w Gromadzynie Starym, gmina Czerwone, pow. Łomża, w domu Antoniego Gromadzkiego ps. „Jeremi” – zastępcy Komendanta Powiatowego Łomża Bolesława Kozłowskiego ps. „Grot”.

Mjr Marian Kozłowski

Oto jak naradę w Gromadzynie opisuje w swoich wspomnieniach mjr Marian Kozłowski (Część zawierająca opis potyczki z Niemcami na podstawie informacji od kpt „Grota”):

„… Przyszły dni czerwcowe. Łany zbóż zraszane częstymi deszczami rosły nad podziw szybko. Z wiosną również ożywił się las i działania partyzanckie obliczone na stałe niepokojenie Niemców, by związać jak największe siły wroga odkomenderowane dla okupowania zajętych terenów na Białostocczyźnie. Celem omówienia wielu palących zagadnień, nurtujących front Polski Podziemnej, postanowiono odbyć naradę Sztabu Okręgu „Chrobry”. Miejscem narady został wyznaczony Gromadzyn. U kolegi Antoniego Gromadzkiego, mieszkającego nieco na uboczu wsi, zjawiło się już kilku komendantów powiatów. Byli: Bolesław Kozłowski „Grot”, Józef Karwowski „Bystry” – zastępca Mariana Kozłowskiego „Przemysława Lecha”  i  Zbigniew Kulesza „Młot”.

Tak się złożyło, że gospodarz akurat miał gotowy do odparowania „zacier”. Przy okazji pędzenia samogonu nie obyło się również bez „próbowania”. Przybyli na naradę oficerowie prowadzili gorączkowe rozmowy i przygotowania. Miał przybyć na naradę również Szef Sztabu Grupy „Północ” mjr  „Przemysław Lech” czyli ja. Niezbyt długa noc czerwcowa miała się już ku końcowi. Gospodarz szykował spanie dla przybyłych. Szykowało się też do wyjazdu kilku oficerów, którzy mieszkali w sąsiednich wsiach… Dom powoli uciszał się i światła gasły. Raptem na podwórku zaszczekał zaciekle młody wilczek. Alarm był wyraźny, gdyż nie zdarzało się, by przyzwyczajony do partyzantów pies kiedykolwiek tak gwałtownie szczekał. Tknięty złym przeczuciem gospodarz błyskawicznie podskoczył, zamknął drzwi wejściowe i założył zabezpieczające sztaby. W tym momencie zaskoczony gospodarz i goście usłyszeli tupot ciężko podkutych butów i łomot kolb karabinowych do zamkniętych drzwi. – „Öfen die Tür!” – wrzeszczały liczne głosy na podwórzu. Dom stał na wysokiej podmurówce, był  drewniany. Okna były dość wysoko i to w pierwszej chwili zabezpieczyło przed wtargnięciem rozwścieczonych Szwabów. Wściekła palba z automatów i ręcznych karabinów biła w samotnie stojący dom. Na podłogi posypały się szczątki rozbijanych kulami szyb. Widząc milczący dom napastnicy nabierali coraz większej odwagi i próbowali oknami dostać się do środka. Uzbrojeni tylko w krótką broń i granaty partyzanci, szybko starali się zabezpieczyć, w miarę możliwości, wszystkie pomieszczenia i okna. Niemcy próbowali podnosić na ramionach sowich kolegów, by mogli sięgnąć do okien. Próby te skończyły się dla nich fatalnie. Przyczajeni pod ścianami i meblami obrońcy razili, próbujących się wedrzeć Niemców, strzałami z pistoletów, prosto w twarz! Niemcy, widząc, że zdobycie szturmem domu bez przygotowania nie uda się, po zabraniu swoich zabitych i rannych, rozpoczęli systematyczny ostrzał mieszkania a przez okna zaczęli wrzucać ręczne granaty. Powstał piekielny huk, pęd powietrza powywracał obrońców, dym i swąd materiałów wybuchowych zapierał oddech. Broniący się widzieli, że to walka na śmierć i życie. – Walczyli zaciekle. Odpierali powtarzające się częste ataki rozwścieczonych wrogów. Najwięcej jednak obawiali się szybko nadchodzącego szarego poranka. W czasie walki człowiek staje się obojętny na uczucie strachu. Niemcy, których ostudziły trupy tych, którzy próbowali dostać się do wnętrza budynku przez okna, teraz ponowili próbę ataku. Znów grupy żołnierzy w mundurach „feldgrau” zamajaczyły w oknach, które próbowali sforsować. Ogień pistoletów mógł okazać się nieskuteczny wobec narastającej fali prób sforsowania okien przez rozjuszonych oporem „polnische banditen” Niemców. Nadeszła właściwa pora, by oczyścić najbliższe otoczenie domu od natrętnych nieprzyjaciół. „Grot” (Bolesław Kozłowski), mimo dotkliwego bólu wszystkich członków ciała krzyknął – „Teraz! Koledzy! Granaty!”. Posiadający tę broń obrońcy nerwowo wydobyli zimne, o naciętej powierzchni, groźne „gruszki” i, na komendę,  jednocześnie podbiegli do otworów okiennych, szyb już nie było, wyciągnęli zawleczki bezpieczników i wyrzucili granaty poza ściany domu. – Po kilku sekundach nastąpił oślepiający błysk, piekielny huk! Zdawało się, że dom się wali! Słychać było również wycie rannych i umierających wrogów, którzy otaczali dom i szykowali się do generalnego ataku. Był to moment, który należało wykorzystać. Zebrani obrońcy znaleźli się w izbie przyległej do werandy wychodzącej na podwórko domu – zabudowań. Jeden z przybyłych ze wsi chłopców jęczał tylko i nie okazywał ochoty by się ratować, uciekać! W pewnym momencie zwalił się na podłogę. Jeden z obecnych pochylił się nad leżącym i starał się go podnieść. Leżący chłopiec zaczął jeszcze bardziej jęczeć i wyrzucił z siebie: „Koledzy – jestem ciężko ranny w brzuch. Umieram… idźcie sami…”. Ponowna próba podniesienia go przez dowódcę wywołała powtórny sprzeciw i prośby: „Nie ruszajcie mnie, nie ruszajcie, błagam. Idźcie sami, chcę tu zostać”. Okropna chwila decyzji … co zrobić … nie ma czasu … musimy działać … już, natychmiast! Wobec tego, że nie było już czasu do namysłu zdecydowano, że umierający, zgodnie z wyrażoną wolą – błaganiem raczej – zostanie. Świtało, w oknach widać było szarość szybko zbliżającego się poranka. Na rozkaz „Grota” momentalnie podniesiono sztabę zabezpieczającą drzwi wejściowe na podwórko i po głośnym okrzyku „Hurrra!” obrońcy wypadli na podwórze gospodarstwa. Na podwórku leżało kilka sylwetek Niemców. – Ci bowiem przestraszeni nagłym wypadem obrońców padli na ziemię, by ratować się udawaniem zabitych. Nie było czasu na sprawdzenie czy leżący są żywi. Partyzanci musieli liczyć każdy wystrzelony nabój! – Amunicja się liczyła! Grupa wypadowa błyskawicznie przeskoczyła przez podwórze i płot, i znalazła się w rosnącym za stodołą życie. Teraz należało jak najszybciej odbić się od zabudowań i pod ochroną żyta starać się dobiec do odległej o kilometr masy zbawczego lasu, tym bardziej, że Niemcy już ochłonęli z zaskoczenia i wynikłego z niego przerażenia. Coraz liczniejsze strzały posypały się za uciekającymi. Znający lepiej teren partyzanci, bez dalszych strat, dotarli, po morderczym wyścigu pod huraganowym ogniem niemieckiego pościgu, do ściany lasu! – Tu już rzadko wróg próbował ścigać. Ścigani zebrali się dosłownie na moment, by się policzyć czy wszyscy są i zdecydowali się maszerować w kierunku Skrody. W tym czasie ja nocowałem z obstawą pięciu żołnierzy we wsi Koziki. Miejscowość ta była oddalona o 7 – 10 km od Gromadzyna, gdzie toczyła się walka. Stojący na warcie żołnierz, słysząc powtarzającą się odległą strzelaninę, a nawet wybuchy granatów,  zdecydował,  że  musi się  tam  dziać coś ważnego i zbudził kolegów i mnie. Zameldował: „- Panie  Komendancie!  Z kierunku Kolna słychać strzelaninę a nawet wybuchy granatów!”. Podziękowałem i zarządziłem za 10 minut wymarsz. Szybko ubraliśmy się. Zrozumiałem, że tam, gdzie miała się odbyć narada, czy też gdzieś w pobliżu, nastąpiła jedna z tak licznych okupacyjnych tragedii. Wiedziałem z doświadczenia partyzanckiego, że bardzo często, nagły atak z zaskoczenia, ratował od niechybnej śmierci broniących się partyzantów.

Na komendę, w szyku ubezpieczonym, czujnie maszerowaliśmy, a raczej  pół-biegliśmy  w kierunku odgłosów strzałów. Robiło się już coraz jaśniej. W miarę zbliżania się do Kolna, strzały były coraz wyraźniejsze. W pewnym  momencie  usłyszeliśmy huk granatów i palbę karabinów oraz cichy jazgot automatów. Po tym już raptem nastąpiła – jakże denerwująca – cisza. Zrozumiałem, że tam rozgrywa się tragedia. Maszerowaliśmy szybko, lecz czujnie. Każdy trzymał broń gotową do strzału. Granaty zaczepione do pasów można było użyć w każdej chwili. Morderczy marsz trwał już około godziny. Szliśmy na skróty, a więc nie trzymając się dróg. Byle prędzej znaleźć się na miejscu wypadku, gdzie może ludzie  potrzebowali  pomocy.

W szybkim marszu przebiegliśmy kolejny jakiś zagajnik, gdy nagle zza rzadkich krzaków jałowca i sosny wynurzyła się grupa kilku osób, szybko biegnących w naszym kierunku. W porannej mgle trudno było rozpoznać sylwetki biegnących. Krzyknąłem krótko rozkaz i sformowani w tyralierę czekaliśmy gotowi na biegnących. Gdy byli już w odległości 20 – 30 metrów zawołałem po polsku – „Stać!  Kto idzie !?”  Nastąpiła chwila ciszy… Biegnący zatrzymali się jak wryci… Po chwili od grupy biegnących padła odpowiedź: „- Tu „Grot”!!…”. Ja odpowiedziałem:  „- Tu  „Lech”!!…”  Nastąpiła chwilowa, obopólna radość a potem gorączkowe pytania i odpowiedzi. Patrzyliśmy teraz wzruszeni na siebie… Zobaczyłem okopcone, spocone twarze kolegów i Brata, których miałem spotkać na wyznaczonej na dziś naradzie.

Teraz nastąpił moment krytyczny, bo uciekający przed pogonią ludzie raptem poczuli, że całkowicie opuściły ich siły, nie mogą dalej iść, muszą odpocząć. Ściskałem po bratersku dłonie Kolegów, którzy uszli śmierci. Widziałem czarne od dymu granatów twarze i ręce… Jedynie oczy ich świeciły radośnie i przyjaźnie. Moi ludzie, bardziej wypoczęci, pomogli teraz idącym z trudem, ocalałym członkom niedoszłej narady. Skierowaliśmy się, idąc w szyku ubezpieczonym, do najbliższej wsi, by zdobyć potrzebne obecnie furmanki i żywność. Napotkane wsie postawiłem w stan pogotowia na ewentualność pokazania się Niemców. Po dostatecznym oddaleniu się od miejsca wypadku i ustaleniu, co się stało, zostawiłem ubezpieczonych członków niefortunnej narady na kwaterze a sam wróciłem, na czele zebranego alarmem plutonu, do Gromadzyna. Myślałem nad tym, czy nie dojdzie do starcia z Niemcami, którzy napadli na dom Gromadzkiego.

Maszerując, w dalszym ciągu w szyku ubezpieczonym, zbliżyliśmy się do Gromadzyna. Wysłani zwiadowcy wrócili szybko i zameldowali, że Niemcy wycofali się już ze wsi po spaleniu domu, który w nocy zdobywali. Gdy dotarliśmy na miejsce tragedii, oczy nasze napotkały sterczące kominy spalonego domu, oczerniałe od ognia ściany stajni, obór  i  chlewni,  widać było zwęglone szczątki koni,  krów,  świń…

Tak wyglądało jeszcze jedno gospodarstwo na drodze niemieckiego „Drang nach Östen”… Szybko przeprowadziłem rozpoznanie wsi. Nie było strat w ludziach, wśród ludności, poza jednym zabitym. Otóż okazało się, że zginął właśnie chłopiec, który został w domu obleganym, a następnie spalonym przez okupanta, tylko, że nie zginął w budynku spalonym, a został zastrzelony w życie, w odległości 100 – 200 metrów od domu. Wynikało jasno, że kiedy Niemcy rzucili się w pościg za uchodzącymi z domu, z okrążenia, partyzantami, ranny, umierający chłopiec wyczołgał się z niego i czołgając się otaczającym budynki żytem chciał wymknąć się napastnikom. Może rzeczywiście odniesione rany nie pozwalały mu odejść dostatecznie daleko od niebezpieczeństwa, czy też za bardzo był pewny, że nie będą szukać w zbożu i został tam ukryty. Hitlerowcy widząc, że partyzanci uszli do lasu, zaniechali pościgu i wrócili do miejsca nieudanej akcji. Dowódca niemiecki zarządził obławę w otaczających zabudowania zbożach. Widoczne ślady krwi, czy wygnieciona dróżka w życie, doprowadziły rozwścieczonych, zawiedzionych hitlerowców do chłopca. Bez ceregieli zastrzelili go w miejscu, gdzie leżał. Spędzeni mieszkańcy wsi stwierdzili, że zabitego nie znają,  jak również nie mogli wiedzieć co działo się na odległej od wsi kolonii u Gromadzkiego Antoniego. Mszcząc się za swych zabitych i rannych [Niemcy] spalili zagrodę z całym inwentarzem. Załadowali na samochody swoich zabitych i rannych, i „zwycięzcy” wrócili do koszar. Długo jeszcze, przez szereg dni, dymiły zgliszcza spalonego domostwa.”

Ta galeria zdjęć to Rodzina Kozłowskich – jedne z nielicznych jakie pozostały …

Ojciec – Izydor, matka – Stefania , córka – Stanisława

kpt Antoni ps. „Biały” „Szczerbiec”

mjr Marian ps. „Lech Przemysław” „Dąbrowa” „Opoka”

kpt Bolesław ps. „Grot” „Marek” „Hanka”

por Józef ps. „Mały”

ppor Izydor jr „Idek”

W czasach powojennych nadal trwały akcje zbrojne. Mjr Marian Kozłowski „Lech Przemysław” „Dąbrowa” „Opoka” nie złożył broni, nie poddał się – był wykształconym przedwojennym oficerem i doświadczonym dowódcą, i wiedział, że Rosjanie, którzy przyszli do Polski są takimi samymi okupantami jak Niemcy. Jednak w Kraju było już inaczej, skończył się czas, w którym z okupantem walczył cały naród polski – niektórzy byli nieświadomi niebezpieczeństwa kolejnej niewoli, inni widzieli możliwość „urządzenia się” w nowej rzeczywistości i szli z okupantem na współpracę, a byli i tacy, którzy za porządne buty lub możliwość zemsty na kimś i z zapiekłej nienawiści chcieli się poczuć panami sytuacji za wszelką cenę. Byli i ci, którzy ze zwykłego strachu sami proponowali swoje usługi chcąc przechytrzyć wroga – tak czy inaczej sytuacja była coraz trudniejsza, zdarzały się też zdrady wśród żołnierzy. UB wszelkimi metodami próbowało wygrać swoją sprawę, działając bez żadnych zasad, czy też wbrew zasadom człowieczeństwa.

Mimo to mjr Marian Kozłowski i jego żołnierze nadal brali czynny udział w obronie Ojczyzny.  Informacja o jednej z akcji znajduje się w meldunku oficera MO:

„… na czyn przestępczy dokonany przez Okręg XIII „Kaliny”.

W nocy z 18 na 19 kwietnia 1945 roku przeprowadzono bandycki napad  terrorystyczno – rabunkowy na Posterunek MO w Drozdowie, pow. Łomża. Posterunek został rozbrojony, broń zabrana. Dowódcą oddziału był Kozłowski Marian ps. „Lech””.

Marian Kozłowski w tym czasie używał również przybranych nazwisk. Niestety, coraz częściej dochodziły wiadomości o sukcesywnej dekonspiracji organizacji, która coraz głębiej penetrowana przez organa Urzędu Bezpieczeństwa, wciąż pomniejszała swoją liczebność. Trzeba było pozwolić podkomendnym, by podejmowali własne decyzje w kwestii ujawnienia się. Do mjra Mariana Kozłowskiego dochodziły ostrzeżenia, że UB poszukuje Go z wielkim zaangażowaniem i jest tylko kwestią czasu, kiedy zostanie aresztowany, tym bardziej, że wielu nie wytrzymywało ciężkich metod przesłuchań i następowały kolejne aresztowania. W końcu obydwaj bracia, Marian i Bolesław, po rozmowach z księdzem spowiednikiem, podjęli decyzję o jednoczesnym ujawnieniu się i postanowili przyjąć na ten użytek inne życiorysy, bardziej odpowiednie do nowej sytuacji. Mjr Marian Kozłowski „Lech Przemysław” „Dąbrowa” „Opoka” ujawnił się w kwietniu 1947 roku, w Wojewódzkim UB w Łodzi. Była to jedna z najtrudniejszych decyzji. Nie miał żadnych złudzeń co do tego, że straci wolność. Pierwsze zatrzymania i przesłuchania zaczęły się wkrótce, ale wypuszczano go pod pretekstem tego, że Jego dotychczasowe zeznania nie wnosiły nic nowego do posiadanych przez nich wiadomości.  Mjr Marian Kozłowski był pewien, że chodzi o śledzenie jego kontaktów, które mogły organom UB dać więcej wiedzy na interesujące ich tematy.

Aresztowano Go w Mrągowie 6 czerwca 1949 roku. Wyrokiem, wydanym w Giżycku, w 1950 roku, został osadzony najpierw w Rawiczu a następnie przewieziony do więzienia w Lidzbarku Warmińskim. Dzięki ogromnym staraniom żony, Marii, został wypuszczony na wolność, jednakże nadal pozostawał pod ścisłym dozorem UB. Między innymi miał zakaz zamieszkania oraz podejmowania pracy w Łomży i okolicach. Odcinało Go to od wszystkich dobrze mu znanych osób, na których mógł nadal polegać. Odtąd czuł się bezdomnym tułaczem. Podejmował pracę w różnych regionach Polski, lecz nigdy nie wiedział na jak długo, ponieważ ledwie się trochę gdzieś zadomowił, dostawał wezwanie na najbliższą Komendę MO a tam otrzymywał nakaz opuszczenia tego terenu ze względu na zbytnią zażyłość z ludnością i niebezpieczeństwo, że zacznie organizować wrogi państwu Ruch Oporu. Z oczywistych względów musiał się tym nakazom podporządkowywać. W tym czasie był już mężem Marii i na nieprzyjazny świat przychodziły kolejno cztery córki: Elżbieta, Maria-Krystyna, Ewa i Anna.

Niejednokrotnie otrzymywał nakaz osiedlenia się w konkretnej miejscowości i na spakowanie się i wyjazd było zaledwie kilka lub kilkanaście dni – po przyjeździe trzeba też było znaleźć jakieś lokum dla Rodziny a ludzie często odmawiali wynajęcia czegokolwiek, po prostu ze zwykłego lęku przed udzieleniem pomocy prześladowanym przez władze. Jeden z przypadków, w którym podano konkretny adres przyszłego zakwaterowania, poprzedzony został aktem przemocy dokonanym bezpośrednio na Jego najstarszej córce, dziesięcioletniej uczennicy 5 klasy szkoły podstawowej, która została bardzo dotkliwie pobita przez nauczyciela za rzekome niesamodzielne odrabianie pracy domowej, który wykrzykiwał przy tym różne niewybredne epitety pod adresem tzw. „bandyty” – jej Ojca. Szkoła była odległa od miejsca zamieszkania Elżbiety prawie 5 kilometrów, więc dojeżdżała do niej rowerem. Jej ręce były po tym katowaniu tak spuchnięte i obolałe, że koledzy prowadzili do domu i ją i jej rower, co trwało tak długo, że zaniepokojony Ojciec wyjechał naprzeciw powracającej córki. Sprawa bardzo się nagłośniła, ponieważ mjr Marian Kozłowski najpierw odwiózł  do domu córkę, a następnie pojechał do szkoły i ostro zareagował na to, co się wydarzyło. I za to właśnie dostał kolejny nakaz natychmiastowej przeprowadzki pod konkretny adres, pod którym była nowo wyremontowana przez parafian plebania. Chodziło oczywiście o skłócenie Go ze społecznością tej miejscowości i postawienie Go w roli przeciwnika Kościoła – stanowczo odmówił. Miał już wówczas czworo dzieci i nie miał żadnego lokum, a nikt z mieszkańców, ze strachu przed narażeniem się władzy, nie chciał im wynająć choćby najmniejszego kąta. Sytuacja była bardzo dramatyczna, tym bardziej, że w tej wyznaczonej wsi była szkoła, do której musiały uczęszczać dzieci.  W końcu,  w miejscowości odległej o 7 kilometrów wynajęto im jedną wiejską izbę  z  kuchnią.

Marian Kozłowski – fotografia z legitymacji pracowniczej.

Pracując w różnych zawodach Marian Kozłowski nieustannie kończył różne kursy. W związku z tym, że komuniści nie uznali Mu ani przedwojennej matury ani studiów, ukończył ponownie szkołę średnią, tym razem o profilu pedagogicznym i zdał powtórnie maturę oraz skończył Studium Nauczycielskie.

W czasie wędrówki po Polsce, oprócz pomocy rodziny, w miarę możności, po kryjomu, pomagali Mu także dawni koledzy z partyzantki, którzy rozproszyli się po kraju, aby uniknąć represji. Jak tylko czas i zdrowie Mu pozwalały, jeździł w odwiedziny do Łomży, do Matki i wspomagał Ją finansowo. Nie mając żadnych stałych dochodów żyła Ona pod opieką synów i córki oraz z tego, co uzyskała ze sprzedaży resztek z majątku w Kałęczynie. Stefania Kozłowska mieszkała coraz to w innych wynajętych mieszkaniach, ponieważ i nad nią w rozmaity sposób „czuwało” UB, co powodowało, że ludzie bali się Jej wynajmować swoje mieszkania i zdarzało się, że nawet podczas przeprowadzki wycofywali się z wszelkich wcześniejszych umów.

To właśnie u Matki mjr Marian Kozłowski najczęściej spotykał się ze swoim jedynym żyjącym bratem kpt Bolesławem Kozłowskim. Umawiali się również w innych miejscach, starannie je obierając, by jak najbardziej wykluczyć niebezpieczeństwo śledzenia ich lub podsłuchu, a mieli obaj w tym wprawę. W Łomży Marian odwiedzał także siostrę Stanisławę Dębowską.

Do końca życia mjr Marian Kozłowski „Lech Przemysław” „Dąbrowa” „Opoka” kontaktował się również z innymi członkami Ruchu Oporu i z dozgonnymi przyjaciółmi z partyzantki. Tuż przed swą nagłą śmiercią spotkał się z jednym ze swoich podkomendnych i ucieszony wspomniał o tym domownikom, mówiąc ”sztandar i dokumenty są bezpieczne”.

Nigdy nie zaufał komunistom, znał ich perfidną naturę i zawsze był czujny, co niejednokrotnie ratowało Mu życie. Tak było i wówczas, gdy w maju 1962 roku, wracając  wieczorem z pracy, z odległej o 10 kilometrów miejscowości, cudem uniknął śmiertelnej pułapki. W poprzek leśnej drogi, którą codziennie dojeżdżał do pracy i wracał nią, rozciągnięta była na wysokości szyi stalowa linka. Błysk światła reflektora przesuwającego się po niej ostrzegł go i w ostatniej chwili przewrócił się z motorem, przesuwając się pod linką i unikając śmierci. W jakiś czas po tym zdarzeniu podjął starania o pozwolenie na przeprowadzkę w rodzinne strony żony Marii, gdzie mógł zamieszkać w domu jej matki Antoniny Gaj/Gajewskiej mieszkającej razem z niezamężną córką Leokadią. Pozwolenie otrzymał i w grudniu 1962 roku wyjechał do rodzinnej miejscowości żony, choć wiedział, że i tam będzie miał dozór, ale mieli tam Jej rodzinę i wypróbowanych przyjaciół. Mieszkali tam i pracowali do 1983 roku. Potem przeprowadzili się do Warszawy – Białołęki, gdzie zamieszkali z jedną z córek.

W meldunkach Służb Bezpieczeństwa major Marian Kozłowski jest  Określany mianem „wciąż niebezpiecznego”. Ostatni meldunek o Nim był z 1984 roku (z dokumentów   znajdujących się w zasobach IPN).

mjr Marian Kozłowski w czasach powojennych

29 września 1982 roku umiera brat – Bolesław. Wcześniej, 20 sierpnia 1976 roku, umiera żona Bolesława – Krystyna. Oboje są pochowani na Cmentarzu Starym w Łomży.

Związany uczuciowo z Bratem, wspominając jednocześnie wszystkich Niezłomnych Żołnierzy, Marian pisze wiersz-rozmowę:

Pamięci brata  Bolesława…                       

                     I

Przez walki przebrnąłeś wściekłe,
Okupacje, bezdomność, udręki…
W więzieniu hartowałeś swą młodość
By spocząć pod koniec swej męki…

Partyzanckie mierzyłeś swe szlaki
         Nogą chwiejną, znużoną w pochodach…
Wiodły nas one w nadludzkich męczarniach
Do Polski wyśnionej przez wieki…

– I maki nas polne witały
W naszej tułaczej niedoli…
– A końca udręki nie widać
Choć serce znużone tak boli…

Domowe pielesze nie dla nas…
Nie dla nas rozmaryn, surm dźwięki…
Nas w życiu przygody czekały…
– Piwnice, karcery, udręki…

                      II

Nie żegnały Cię trąby mosiężne…
Nie żegnały Cię płacze ni żale…
W mrok mogiły spuściły Cię ręce
Płatnych ludzi. Spracowane dłonie…

W pogrzebowej Cię mowie żegnali
Towarzysze przebytej niedoli…
Słowa z łzami krwawymi padały
W czarną otchłań cmentarnej pościeli..

Partyzancka mogiła wyrosła
W krzyża smutnej kamiennej krainie…
Nad trumną Twą tak strasznie samotną
Gasły słońca złociste promienie

Nie żegnały Cię Polski sztandary
Zapomniany rycerzu przeszłości…
Znój Twój krwawy pozostał nieznany
Jak szyderstwo zdradzonej miłości.

                        III

Twa mogiła to trwożna przestroga
Dla potomnych, dziedziców tej Ziemi!
Twoja krzywda kiedyś klątwą padnie
Na niewdzięczne kainowe plemię

         Mogiła twa – kamieniem na szaniec
Padnie w walce – Narodu rachunku!
Pierzchną kiedyś złowieszcze, złe cienie…
Błyśnie zorza – zapowiedź ratunku.

Jak Anhelli spocząłeś w swym grobie…
Twa ofiara padnie siłą gromu!
Zburzy krwawe tyrana okowy
W naszym Polskim Narodowym Domu!

       Z mogił krwawi powstaną rycerze
       Mścić wiekowe zbrodnie, nieprawości…
       – I nad polską uznojoną ziemią
       – Spłynie Orzeł, znak polskiej wolności                    

                                                            Przemysław Lech

 

4 grudnia 1984 roku umiera w Warszawie mieszkająca z synem Marianem i Jego rodziną Stefania z Kowalewskich Kozłowska – Matka – pochowana w rodzinnym grobowcu w Warszawie – Tarchominie, na ul. Mehoffera. Symboliczne miejsce spoczynku  znalazł tam również Jego Ojciec –  Izydor Kozłowski.

Tam też, 6 listopada 1986 roku, spoczął major Marian Kozłowski ps. „Lech Przemysław” „Dąbrowa” „Opoka”

16 czerwca 1990 roku, umiera Jego żona Maria z domu Gaj/Gajewska.

W 1996 roku umiera siostra majora Mariana Kozłowskiego – Stanisława Dębowska – pochowana w Łomży.

W 2004 roku, na podstawie posiadanych i dostępnych dokumentów zgromadzonych w zasobach archiwalnych IPN – Komisja Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu uznała, że mjr Marian Kozłowski ps. „Lech Przemysław” „Dąbrowa” „Opoka” jest osobą pokrzywdzoną w rozumieniu Ustawy z dn. 18 grudnia 1998 r. o IPN.

Post scriptum:

Mjr Marian Kozłowski często wspominał partyzanckie Wigilie. Ten bardzo niezwykły czas dla wszystkich polskich rodzin, miał podczas wojny piętno szczególnego dramatu… Wspierający partyzantów, często obcy ludzie, stawali się bliską rodziną…  Niech choć w niewielkim stopniu zobrazuje to wspomnienie Majora z Wigilii Bożego Narodzenia 1943 roku:

… A gdy zabrakło domu i rodziny …
O, karabinie w Świętą Noc …!
-Towarzysz Tyś mój jedyny… !!!

Liczący  dwudziestu ludzi oddział zbliżał się wolno, 24 grudnia nad ranem, do zapadłej wśród lasów wsi… Ludzie z trudem brnęli poprzez szalejącą zamieć. Każdy krok stawiany przez zmarzniętych żołnierzy był ogniwem Golgoty partyzanckiego żywota w owych ciężkich dniach narodowej klęski. Mokre od potu onuce przylegały do obolałych stóp w stwardniałych butach. Grupa szła gęsiego pilnując, by stawiać stopy w ślady  pozostawione przez poprzednika… Szereg kołysał się lekko  i mozolnie, jak ślimak parł naprzód… Gęsta ściana lasu ustępowała rzadkiemu zagajnikowi. Byliśmy w ciągłym marszu przez szereg tygodni. Staraliśmy się dobić do celu zanim nastanie dzień. Nie chcieliśmy, ze względu na nasze bezpieczeństwo, jak i spokój mieszkańców, by widziały nas niepowołane oczy. Żołnierze śmiertelnie znużeni niecierpliwie wyglądali końca nocnej wędrówki. Gorzej niestety było ze mną. Często zdarzało się, że nie miałem sposobności spać dłuższej chwili przez kilka dni z rzędu. I właśnie ten marsz był po takim okresie przymusowej bezsenności. Umęczony do ostatnich granic dałem w końcu polecenie, by dwóch żołnierzy prowadziło, a raczej ciągnęło mnie za ręce. Były chwile, gdy podczas marszu miałem wprost halucynacje. – Maszerując – spałem! Zjawiały mi się we śnie różne przeszkody na drodze – wody rwących rzek, druty kolczaste…  Stawałem wówczas jak wryty i biednym żołnierzom z trudem udawało się mnie zbudzić z owego kamiennego snu i przekonać, że jesteśmy w marszu i żadne przeszkody na razie nas nie zatrzymują. W końcu dotarliśmy do miejsca postoju. Czekało już na nas gorące śniadanie  i krótki odpoczynek w ciepłym mieszkaniu, wśród gorących polskich serc. Był dzień niezwykły – Wigilia … należało przygotować Wieczerzę.  Nasi kochani gospodarze, gdy się dowiedzieli, że chcielibyśmy ten niezwykły czas przeżyć wśród nich przyjęli to z radością i prześcigali się w propozycjach jak to urządzić. Ponieważ cały nasz oddział składał się z ludzi tzw. „spalonych”, jasnym było, że wszystkich należało potraktować jak jedną polską rodzinę. My Polacy wówczas byliśmy jakby wysepką, oazą, otoczoną przez wrogi żywioł. Razem z gospodarzami ułożyliśmy Wigilijne menu. Z wielką radością dowiedzieliśmy się, że nie zabraknie ryby, kapusty z grzybami, klusek z makiem, kompotu z suszonych owoców. – My tułacze nawet nie marzyliśmy, że spożyjemy tak bogatą Wieczerzę Wigilijną wśród ludzi, którzy dla nas byli jak najbliższa rodzina. Do pomocy przydzieliłem odpowiednią ilość ludzi. Z utęsknieniem czekaliśmy ukazania się pierwszej gwiazdki na mroźnym wieczornym niebie … jak przed wojną w domu… Zabłysła! … niezależnie od biegu historii … niezależnie od tej masy nienawiści, jaka osiadła w sercach ludzkich … niezależnie od niewyobrażalnego ogromu ludzkich cierpień… Wzruszeni zgromadzili się wszyscy w najobszerniejszej izbie. Zasiedliśmy do stołu.  Krótko zabrał głos gospodarz z żoną życząc nam i sobie,  by ta Wigilia była ostatnią w czas wojny. Ja zabrałem głos niejako z urzędu. Do życzeń dołożyłem, by następna była już w wolnej Polsce. Życzyłem przetrwania okupacji i szczęśliwego spotkania się z naszymi rodzinami. Większość obecnych płakała, gdyż nie mieli już rodzin lub były zdziesiątkowane a domy spalone… Przypomniały mi się słowa poety: „… A ojcem jest mu Niebios Pan, a matką Ziemia miła, – Co go zbożami swoich pól, jak mlekiem wykarmiła… – A domem jest mu cały świat! – Bez granic i bez końca…!!” Rzeczywiście domem nam był cały świat, szczególnie dla nas Polaków. Ojciec mój i brat najmłodszy są więźniami Obozu w Oświęcimiu i czy żyją jeszcze…? …!! Gdzie w tej chwili są pozostali moi trzej bracia i siostra…?… !! Przy czyim stole spędzają Wigilię, owe święto rodziny  polskiej? Kto otrze łzy mojej biednej samotnej Matce, która spędza tę Świętą Noc gdzieś przy gościnnym polskim stole nie wiedząc nic o losie swoich synów i córki…?…!!

Pod koniec tej niezwykłej partyzanckiej Wigilii ktoś zaintonował kolędę „Bóg się rodzi…”- tak, lecz w jakich okolicznościach… Wszyscy myśleliśmy w tym momencie – oby nigdy więcej w takich, jak te…

Na podstawie dokumentacji Instytutu Pamięci Narodowej oraz materiałów ze zbiorów rodzinnych, opracowały córki Niezłomnego – choć wyklętego przez komunistyczne władze – Żołnierza Rzeczypospolitej Polskiej, majora Narodowych Sił Zbrojnych Mariana Kozłowskiego pseudonim „Lech Przemysław” „Dąbrowa” „Opoka”, który nigdy nie sprzeniewierzył się hasłu „Bóg, Honor, Ojczyzna!”.

Cześć Jego Pamięci!

Autorki – córki Marii i Mariana Kozłowskich

Warszawa,sierpień 2016 roku