Fotografia lub ludzie z innych czasów

0
6101

Pani Edwarda pochyliła się nad położoną na stole fotografią. Po chwili wskazując palcem na centralnie siedzącą postać  za stołem powiedziała:

To „Cygan”. A ten po lewo…to chyba…” – zawiesiła głos na kilkanaście sekund – „…Ciemny”. Kiwnąłem potwierdzająco głową.  Pytam o innych z fotografii. Kobieta westchnęła: „Pozostałych nie znam. Raczej ich u nas nie było ale pewna nie jestem. To w końcu już siedemdziesiąt lat…”.

Siedzieliśmy w ogródku państwa  Zambrzyckich w sierpniowy dzień. Pani Edwarda ( z domu Czochańska) jest jednym z najstarszych mieszkańców wsi Czochanie-Góra. Z jej synem poznałem się 2-3 lata temu w trakcie jednej ze swoich podróży tropami „Niezłomnych”. Pan Witold – mimo, że urodził się w połowie lat 50. – posiada dużą wiedzę na temat tamtych czasów. Był moim przewodnikiem po najbliższych okolicach, wskazując  różne miejsca związane z konspiracją , zapoznawał z ludźmi, których ojcowie lub dziadkowie „byli w partyzantce” – jak to się określa w tamtych stronach. Dopiero po pewnym czasie zrozumiałem, że  w ten sposób mówiono o wszystkich, którzy należeli do organizacji konspiracyjnych  – obojętne czy byli w oddziałach leśnych czy w rezerwie czyli tzw. „siatce”.

pani_edwarda-_600jpg

Czochanie-Góra to specyficzna miejscowość na mapie powiatu Wysokie Mazowieckie. Teren ten pod koniec 1945 roku na centralnych naradach w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego określany był wraz z kilkoma innymi powiatami Białostocczyzny jako: „opanowany przez bandy”. Powszechny niemal udział ludności w niepodległościowej konspiracji spod znaku NSZ/NZW i AKO/WIN, powodował, że komuniści potrzebowali ponad 7 lat aby „wyzwolić” ten powiat „z band”… Ostatnie oddziały: kapitana Kazimierza Kamieńskiego – „Huzara” z VI Wileńskiej Brygady AK i patrol „Ordona” – st. sierżanta Kazimierza Wieczorkiewicza z NZW, UB zlikwidowało w wyniku prowokacji lub w walce dopiero jesienią 1952 roku! Te heroiczne  zmagania na tym terenie trwały dłużej aniżeli cała II wojna światowa…

Nasza wieś była zamieszkana przez porządnych i prawych ludzi” – wspomina Pani Edwarda – „Ani za Niemca ani za komuny tutaj nikt nikogo nie wydał. To była taka „partyzancka wieś”.  Dlatego też często do nas przychodzili „leśni”. Najczęściej pod wieczór; po kolacji na ogół spali w stodole albo też na strychu w którymś z budynków gospodarczych. Niekiedy przychodzili nad ranem. Czasami było ich kilku, innym razem kilkunastu. Mieli do nas zaufanie  bywało, że nie wystawiali nawet wartownika na zewnątrz”.

Pytam, czy pamięta bitwę pod nieopodal położonym Śliwowem pod koniec 1946 roku, gdzie dwa duże oddziały partyzanckie: VI Wileńska Brygada AK i III Wileńska Brygada NZW stoczyły  obławą KBW i NKWD.  „Trochę pamiętam… Bój toczyli w lasach między Czochaniem a Śliwowem. Niektórzy z tych chłopaków z partyzantki przedostali się do nas. Jednego z nich skutecznie ukrył mój przyszły teść. Przeżył, bo później siedział w więzieniu z jednym z naszych z Czochania. No i powiedział do niego, że jak wyjdzie z więzienia to kiedyś przyjedzie do nas, żeby podziękować”.

Miałam wtedy 14-15 lat. Najczęściej przychodził do nas porucznik „Ciemny” z „Cyganem”. Pamiętam też, że z „Ciemnym” przychodził też często „Świeży”.  Takie miał pseudo ten chłopak. Z obserwacji ale też z różnych półsłówek wnioskowałam, że „Ciemny” był najważniejszy. Był komendantem na nasz powiat.  To był spokojny, zrównoważony człowiek. Żaden raptus, nie słyszałam aby kiedykolwiek podniósł głos. Ale posłuch u swoich to miał…” – Pani Edwarda w zamyśleniu pokiwała głową.

Niedługo przed jego śmiercią… Może ze dwa miesiące wcześniej, ukrywaliśmy jego siostrę Wiesię. Miała wtedy ze 12 lat. Co kilka dni przebywała u innych gospodarzy. Jak tylko rozlegał się warkot samochodu to natychmiast dziewczynka była ukrywana.  Żyje do dnia dzisiejszego, czasami do nas przyjeżdża i zawsze wzruszona dziękuje starszym mieszkańcom”.

Siwowłosa Pani przerwała i popatrzyła w dal. „Okolica też się trochę zmieniła. Siedemdziesiąt lat to szmat czasu… Wtedy było znacznie więcej lasów, chaszczy i zagajników. Właśnie przez taki zagajnik, którego już dziś nie ma, „Ciemny” stracił życie.  Przyszedł wieczorem do domostwa moich rodziców. To był 5 września ’47 roku. Z nim było dwóch partyzantów. Nie, nie pamiętam dziś ich pseudonimów. Później dołączył do nich ukrywający się w naszej wsi Józek Rzońca – pseudo „Gołąb”. On także był w organizacji. „Ciemny” często do nas przychodził. Po kolacji pogadali w kilku. Wśród nich był także mój starszy brat Albin, który miał przezwisko „Mynek”.  Później „Ciemny” poszedł spać na strych nad obórką. Rankiem następnego dnia wpadł do nas jak burza „Gołąb”. Krzyknął: „Otaczają wieś!!”. A do mnie: „Bierz wiadro i wyjdź za budynki! Zobacz czy tam nikogo nie ma!”. Zrobiłam tak jak powiedział. To był już wrzesień, jeszcze szarówka. Spojrzałam w lewo, w prawo… Nikogo nie zauważyłam.  W kilka minut później „Ciemny” wyszedł z jednym ze swoich żołnierzy z naszego  gospodarstwa. Szybkim marszem przez pole kierowali się w stronę lasu. Byli już w połowie drogi gdy z okolicy domostwa mojego przyszłego teścia zaczęli strzelać. Nie dostrzegłam ich wcześniej bo skryli się w zagajniku… „Ciemny” dostał w brzuch. Podobno wyjął jakieś papiery ze swojej torby, wręczył temu drugiemu i rozkazał uciekać. Leżał jeszcze przez jakiś czas… Strzelał z pistoletów do zbliżających się żołnierzy z obławy. Później podsunął sobie pistolet pod brodę i strzelił…” –  starsza Pani westchnęła i na jakiś czas zamilkła.  Po chwili kontynuowała:

„Tego dnia był u nas we wsi sądny dzień… Aresztowali wszystkich mężczyzn. Po kilku dniach większość wypuścili ale okropnie się nad nimi znęcali… Niektórym poodbijali pięty, kilku pozrywali paznokcie. Aresztowali mojego Ojca i braci: Albina i Lucjana. Albina wraz z dwoma innymi mężczyznami z naszej wsi zabrali do Białegostoku. Obciążył ich zeznaniami „Cygan” – Skowroński. Poszedł na współpracę z UB. Brat wytrzymał konfrontację. Pomimo tortur  nie przyznał się do niczego. W końcu go wypuścili ale zmaltretowany był okropnie. Pamiętał to do końca życia…”

„Po śmierci „Ciemnego” rzadko przychodzili do nas partyzanci. Najczęściej to byli  chłopcy od „Wiarusa”, ale nie znam żadnego pseudonimu. Z biegiem lat ubywało ich… Ginęli w potyczkach, w obławach…”

fotografia-lub-ludzie-z-innych-czasow

Jeszcze raz oglądamy stare fotografie wykonane wiosną 1947 roku. Pozowali młodzi chłopcy w mundurach, na głowach czarne berety lub polówki z orłami w koronach. Do bluz mundurów przytwierdzone ryngrafy. Stali w szeregu z zawadiackimi minami, pewni siebie jakby chcieli dodać sobie animuszu i zdławić tym obawę lub niepewność. Zapomniani żołnierze…

Wie Pan, ci ludzie z dawnych czasów… Z tamtych czasów…” – zadumana przerywa milczenie Pani Edwarda – „…byli jacyś inni niż współcześni. Mieli jakieś zasady, w coś wierzyli; słowo to było słowo. I mieli twarde charaktery i skórę”. Jeszcze raz bierze w dłoń zdjęcie przedstawiające „Ciemnego”, „Zbycha”, „Cygana” i dwóch innych. Zostało wykonane pod koniec kwietnia 1947 roku przez fotografa Kazimierza Zakrzewskiego. Pięciu mężczyzn siedzi przy stoliku na wolnym powietrzu. Wzniesione w górę kieliszki, może w trakcie toastu. Uśmiechy na twarzy, chociaż może któremuś z nich w tamtej chwili uwieczniania, przeszło przez myśl, że to może jedyny materialny ślad, który po nich zostanie…

Pamiętam potańcówki. Najczęściej to było u Duchnowskich. Czasami przychodził „Ciemny”, innym razem „Cygan” lub inni partyzanci.  Bywało, że pobawili się godzinę lub dwie i odchodzili. Ale niekiedy zostawali do końca, do bladego świtu. Eleganccy, w butach – oficerkach, wysocy i postawni obtańcowywali wszystkie panny z naszej wioski. I co tu ukrywać… Większość z tych dziewczyn to wprost oczami za nimi wodziła… Ja chociaż miałam 15 lat też niekiedy uczestniczyłam w tych zabawach. Oczywiście za zgodą rodziców. Kilka razy tańczyłam z „Ciemnym”. Świetnie prowadził w tańcu… Ale zawsze wszystko było w porządku i elegancko. Chciałabym, żeby Pan to napisał; żeby ludzie nie pomyśleli sobie nie wiadomo czego!… To były inne czasy i trochę inne obyczaje…

Rozmawiamy jeszcze przez pewien czas. Wreszcie nadchodzi czas wyjazdu z gościnnego gospodarstwa. Żegnamy się a ja przez chwilę patrzę na zamyśloną twarz Pani Edwardy… Być może moja wizyta i temat rozmów wyzwolił u niej podróż wspomnień. Do ludzi i świata, którego już nie ma…

Robert Radzik

Od autora:

Powyższy tekst będący skrótem rozmowy ze świadkiem epoki jest ważny również z innego powodu. Ukazuje poparcie i pomoc żołnierzom podziemia niepodległościowego ze strony ludności wsi. Ponad 90 procent żołnierzy organizacji konspiracyjnych tamtego okresu stanowili mieszkańcy wsi i małych miasteczek o zróżnicowanym statusie materialnym. Było to sprzeczne z „oficjalną” wykładnią komunistycznej propagandy, która wmawiała, że w skład „band” wchodzili „obszarnicy, kułacy i elementy burżuazyjne”.  Gdyby nie  poparcie i pomoc udzielana oddziałom partyzanckim, nie mieliby oni żadnych szans na tak długą działalność jak np. w przypadku „Huzara” – Kazimierza Kamieńskiego   „Wiarusa” – Stanisława Grabowskiego , „Roja” –Mieczysława Dziemieszkiewicza czy też „Roga” – Hieronima Rogińskiego z NZW.  A przecież konsekwencje były surowe a nawet tragiczne dla udzielających takiej pomocy: tortury w aresztach UB i odebranie życia lub zdrowia; wyroki więzienia; spalenie gospodarstwa, konfiskaty majątków lub przesiedlenie na „Ziemie Odzyskane” (tak postępowano w przypadku rodzin, których krewni byli w oddziałach partyzanckich NZW na północnym Mazowszu). Powyższy tekst to próba przypomnienia tych wspaniałych postaw zwykłych mieszkańców wsi tamtego okresu.