Skip to content Skip to sidebar Skip to footer

Człowiek, który się nie poddał

PAMIĘCI

Kazimierza Żebrowskiego – „Bąka”; ostatniego Komendanta Okręgu Białostockiego NZW,

Jerzego Żebrowskiego – „Konara”,

Teofila Lipki – „Brzozy”.

Ani się nie obejrzał gdy zapadł zmierzch. Wyszedł z budynku zatrzaskując drzwi. Inwentarz nakarmiony, można powoli wracać do chałupy. Jeszcze tylko chwila – trzeba wyciągnąć wodę do wiadra na noc. Spojrzał na niebo, było bezchmurne ale powietrze stawało się coraz bardziej ostre. „Idzie na mrozek” – pomyślał i wtem usłyszał wyraźny szelest. Szybko odwrócił się i zobaczył sylwetkę na tle domu.

Znieruchomiał i poczuł sztywnienie kolan. „Diabli wiedzą kto to…!” – nie dokończył myśli, gdy usłyszał półgłosem rzucone: „Swój!”. Podszedł bliżej i zobaczył starszego mężczyznę w oficerkach, bryczesach i obszernej kurtce.
„Szczęść Boże Teofilu” – to był „Bąk” – Żebrowski. Odpowiedział i uścisnęli sobie ręce. Mężczyzna rzucił krótkie, szybkie spojrzenie na Teofila:

„Przechowasz nas ?!”. Trochę zaskoczony Lipka odpowiedział: „Ilu was jest?”.
„Ja i „Konar”. Jerzyk, mój syn znaczy się”.
„Wchodźcie do domu, ja jeszcze chwilę pobędę na podwórzu”.

„Bąk” dał umówiony znak. Przez płot przeskoczył jakiś cień. Szybko podszedł do Teofila i uścisnął bez słowa dłoń. Z młokosa, którego pamiętał Lipka podczas stacjonowania patrolu w czterdziestym siódmym wyrósł krępy młodzian. Obaj bez słowa weszli do chałupy.

Gospodarz bez pośpiechu podszedł do studni. Powoli podniósł wiadro i ruszył przed siebie rzucając spojrzenia, gdzie tylko mógł. Wszystko w porządku, tylko gdzieniegdzie zaczęły ujadać psy. Mężenin i niedalekie Śniadowo powoli szły spać.

„Jakże Komendant mógł się pytać czy przechowam?! Przecież Komendant ode mnie odbierał przysięgę! Co to nie jestem już w organizacji?!” – podniesionym głosem żalił się Lipka.

„Daj spokój Teofilu. Wiem od lat żeś porządny człowiek, dobry konspirator i Polak. Na takich jak Ty zawsze można liczyć. Ale widzisz… czasy coraz cięższe a ludzie nie wytrzymują. Z miesiąc temu byliśmy pod kolonią koło Szumowa. Człowieka znałem jeszcze z ZWZ z czterdziestego roku. Przetrzymał śledztwo na bezpiece, nikogo nie sypnął. Wysłałem Jurka do niego z takim samym pytaniem.

Przybiegł do brzeziny, gdzie czekałem. „Weź Komendancie żarcie” – mówi – chcecie to dam ubrania a nawet pieniądze, ale proszę uchodźcie jak najdalej od nas! Jak tylko się dowiedzą, to UB puści z dymem gospodarstwo a ja już drugi raz badania na bezpiece nie wytrzymam”. No i co byś zrobił?! Tyle lat go znałem, twardy człowiek a w końcu i on nie wytrzymał… To dlatego Cię spytałem. Nie będę nikogo zmuszał”

Teofil jakby się ocknął. „Głodni jesteście i zdrożeni. Zaraz przyrządzę kolację. Czym chata bogata”.
Obaj wstali, zdjęli kurtki. Młody miał automat. „Bąk” odłożył na bok raportówkę, zdjął pas wojskowy i dwie kabury z pistoletami. „Konar” siedział na lepce przy kuchni, do której gospodarz dorzucił szczapy drewna.

Niedługo później Lipka nałożył pachnącą jajecznicę z cebulą i skwarkami. Zajadali w milczeniu. Następnie sięgnęli po grube pajdy chleba, smalec i kiszone ogórki. „Ile chcecie u mnie być i gdzie?” Strych może być?”- zagadał gospodarz.

„Lepsza będzie stodoła. Wypoczniemy ze dwa-trzy dni. Może Jurkowi się poprawi, przewiało go gdzieś i trochę pokasłuje. Mam aspirynę ale musi poleżeć. A później musimy się przedostać w wysokomazowieckie na punkt”.
Spojrzał szybko na Teofila: „Dałbyś radę zorganizować podwodę? Można byłoby spróbować jakoś bocznymi drogami…” Tamten pokiwał chwilę głową i odpowiedział po chwili: „Da się to zrobić”.

Zadowolony „Bąk” rozluźnił się trochę. Młody poszedł ponownie wygrzewać się na lepce. „Powiedz lepiej co w okolicy słychać i jak dajecie sobie radę”.

Gospodarz machnął rękę wyraźnie zniecierpliwiony: „Co tu dużo gadać Komendancie. U nas jest pewnie tak jak wszędzie. Skurwysyny żyć nie dają! Kontyngenty większe niż za Niemca a i co chwila dosuwają nowe podatki. A spróbuj nie zapłacić… Coraz pewniej bolszewiki się czują.

Teraz zaczęli najeżdżać na Kościół to pewnie zaraz będą zamykać świątynie i księży. Tak jak w Rosji będzie… Nie ma miesiąca, żeby nie jeździli agitatorzy z milicją albo  bezpieką i nie nawoływali do tych spółdzielni czy jak oni te swoje kołchozy nazywają!

Po żniwach ni stąd ni zowąd w okolicach Dobrzyjałowa spłonęły zabudowania kilku co lepszych gospodarzy. „Kułaków” jak to oni nazywają. Wiadomo, jak zniszczą kilku to zastraszą innych… Ale każdy tylko ich wyklina we własnej chałupie.

Dziś nie wiadomo, kto jest kim. Jeden się boi szczerze odezwać do drugiego, bo nie wiadomo czy nie szpicel. Po tym ujawnieniu w czterdziestym siódmym, nie ma wsi, żeby UB nie miało wtyki. Istna zaraza. Źle jest Komendancie; znikąd nadziei i ratunku… Tyle krwi, ofiar, wysiłku i wszystko poszło do czorta…!” – z goryczą dorzucił gospodarz.

„Masz rację Teofilu. Wielu już nas nie zostało. Na „siatce” mam trzystu-czterystu chłopa. Pod bronią w patrolach nie więcej niż pięćdziesięciu. Gdy przejąłem komendę po „Błękicie” to musiałem to bractwo wziąć w karby dyscypliny. Wiesz jak to jest w partyzantce, jak nie czują silnej ręki to różne rzeczy przychodzą im do głowy. Szczególnie młodym. Kozakowali, niektórzy głupstwa robili.

I tylko straty powodowali a na ludzi ściągali nieszczęście. Kilku to nawet zajęło się złodziejstwem i rabunkami…Ale zrobiłem z tym porządek. Wojsko podziemne ma być wojskiem a nie bandą! Wydałem kilka wyroków śmierci na tych którzy się dopuścili przestępstw. Ale ogólnie to jesteśmy w defensywie…I co tu dużo gadać – walczymy o przetrwanie. Najczęstsze dziś akcje to zaopatrzeniowe.

Niekiedy likwidujemy też szpicli, żeby bezpieka się nie panoszyła a ludzie nabrali otuchy.  Ale jak się nic nie ruszy na Zachodzie i nie wezmą się za łeb ze Stalinem to nie mamy żadnych szans. Prędzej czy później nas wytłuką. Ale dla nas już nie ma innej drogi…”

Zapadła głucha cisza. „Mnie ani młodego żywcem nie wezmą! Jakby co – będziemy się bić do przedostatniego naboju. Inaczej nie mogę postąpić. Tyle razy mówiłem chłopakom w oddziałach, że jak nie masz szans na przebicie się to lepiej w łeb sobie strzelić!

Do końca trzeba być żołnierzem a nie gówniarzem! Jak wpadniesz w ich łapy to większość zacznie sypać. To tylko sprawa czasu. No bo ile jesteś w stanie wytrzymać tortury?! Trzy dni, pięć?! Później zaczniesz mówić. Wiesz przecież jakie mają metody… A jak zaczniesz gadać to ilu aresztują, ilu rozwalą w swoich piwnicach? To lepiej w łeb sobie palnąć!”

Umilkł na chwilę i wpatrując się w ścianę cichym, jakby nie swoim głosem, kontynuował:

„Straceńcy my, straceńcy… Żebym to ja wiedział przynajmniej, że pochówek będę miał chrześcijański. Ale oni tego nie szanują. Niczego nie szanują. Mają za nic honor, Ojczyznę i Pana Boga. Jak zdechłe psy nas rzucą do jakiegoś dołu na odludziu albo w bagna.

Tak żeby jakikolwiek ślad zaginął. Aby nikt światełka nie zapalił i chwilę się nie pomodlił… Za Niemców byliśmy „bandytami” i dziś też nas tak nazywają. Później zrobią wszystko, żeby ludzie uwierzyli, żeśmy zbirami byli. A ludzie jak to ludzie… Jak im będą setki razy głupstwa do głów wkładać to w końcu uwierzą. Nie dość im zabić to jeszcze z godności chcą cię obedrzeć.”

Zaległa cisza. Pod kuchnią strzelały iskry sosnowych szczap. Nafta w lampie dopalała się tworząc coraz większy mrok. Niewesołe dumania przerwał gospodarz: „Wypije komendant kieliszek wiśniówki? Tegoroczna, z moich owoców. ”

Po chwili wyciągnął butelkę i nalał w kieliszki. „Co ma być – to będzie komendancie. Abyśmy z Boską pomocą wytrwali” – wzniósł kieliszek Teofil. „Bąk” bez słowa podniósł kieliszek. Wychylili. „Zacna wiśnióweczka Teofilu. Dobra na rozgrzewkę”.

Lipka jeszcze raz napełnił kieliszki. Wypili.

„Zadumałem się i rozgadałem Teofilu, bo niekiedy każdy potrzebuje wyrzucić co go trapi w środku… Dziesięć lat już  mija jak jestem w walce. A mam już swój wiek i kresu tego nie widać… Najpierw Wrzesień, później ucieczka z bolszewickich łap. Powrót do domu i konspiracja.

Żonę i córeczki wywieźli w czterdziestym pierwszym na Sybir. Dopiero ze trzy lata temu dostałem list od żony. Udało im się wydostać z tego piekła z Andersem na Zachód. Ale ja już ich chyba nie zobaczę… Mnie aresztowali pod lewym nazwiskiem w czterdziestym czwartym, znowu jak weszli.

Długo by mówić ile sił i zdrowia kosztowała mnie ucieczka z Rosji…! Gdy wróciłem w czterdziestym szóstym znów wstąpiłem do organizacji. I tak aż do dzisiaj. No, dobrze… Zmęczony już jestem i czas iść spać.”

Wstał, popatrzył na śpiącego syna i półgłosem rzekł: „ Popatrz na niego. Co on miał za życie? Ani dzieciństwa ani młodości. Szkół żadnych nie ukończył no bo jak? Potrafi tylko strzelać z każdej broni, przedzierać się, walczyć… Jest dla mnie nie tylko synem ale adiutantem i obstawą.

Nie ujawniłem się w czterdziestym siódmym bo nie wierzyłem w ich gwarancje. Niedługo później się okazało, że tacy jak ja mieli rację. Cała ta amnestia to była zwykła lipa i oszustwo. Wielu z naszych, którzy się ujawnili  już siedzi.  Niektórzy z kaesami, inni dostali po 10, po 15 lat. Niewielu wyjdzie żywych z ubeckich więzień”.

Po chwili szarpnął kilka razy ramieniem chłopaka. „Synek wstawaj! Idziemy do stodoły. Tam się wyśpisz.”
Przebudziło go brutalne szarpnięcie. Na wpół przytomny, poderwał się z łóżka. Oślepiło go światło kilku latarek i oszołomił silny cios w podbródek.

Kilka par silnych rąk wywlekło go z łóżka i cisnęło na ścianę. „Łapy do góry!! Odwróć się do ściany!! Żadnych numerów bo strzelamy!” Słyszał jak szybko otwierają szafę. Kilku musiało szybko wejść na strych bo nie minęło kilka chwil, gdy jeden z nich zameldował: „Towarzyszu kapitanie! Nikogo nie znaleźliśmy. Czysto”

„Odwróć się!” – rozkazał dowodzący. Teofil odwrócił się i zobaczył nalanego mężczyznę w stopniu kapitana. Przez chwilę wpatrywał się w niego i rozpoczął monotonnym głosem bardziej stwierdzając niż pytając. „W twojej stodole jest Żebrowski z synem. Dwóch bandytów”.  „Panie oficerze… ja nic o tym nie wiem! Może i tam ktoś jest ale ja nic o tym nie wiem. Ja naprawdę…- rozpoczął Lipka.

„Stul pysk! Od kiedy należysz do bandyckiego podziemia?! Jaki jest twój stopień i pseudonim? Jesteś łącznikiem czy kwatermistrzem „Bąka”?! Odpowiadaj po dobroci!”

Teofil milczał. Ubowiec cały czas wpatrując się w twarz gospodarza dopalił papierosa i nagle ryknął: „Co ty kurwa twoja mać łaskę mi robisz?!! Jak cię wezmą w obroty w Łomży to wszystko wyśpiewasz! Będziesz skamlał o łaskę ale będzie za późno!

A po miesiącu nam wszystko podpiszesz!! Wszystko: rozumiesz?!”. Ryczący przysunął twarz wykrzywioną grymasem wściekłości w stronę Lipki: „Podpiszesz nam nawet to, że twoja matka była kurwą, jak będziemy chcieli!!” Po chwili zakomenderował: „A co zresztą ja się będę z tobą pieprzył! Odwrócić do ściany!” Zwracając się do jednego z żołnierzy rozkazał: „Zadam mu pytanie i zacznę liczyć do dziesięciu. Jak usłyszysz dziesięć – rozwal go!”

Zadaję ostatnie pytanie i zaczynam liczyć. Czy w twojej stodole jest „Bąk” z „Konarem”?  Lipka usłyszał trzask naciąganej sprężyny automatu i powolne odliczanie. W myślach intensywnie się modlił. Gdy padło „dziesięć” mimowolnie wcisnął głowę w ramiona i zacisnął oczy. Rozległ się suchy trzask uderzenia iglicy. W tym momencie Teofil poczuł na przemian uczucie zimna i falę gorąca.

Trząsł się jak w febrze a struga potu spływała po twarzy. „Twardy skurwiel, że też serducho mu wytrzymało!” – półgłosem powiedział jeden z ubowców.

„Pod ścianę z nim! Nie spuszczać z niego oka! A my poczekamy do świtu.” – wydał rozkazy dowodzący.  „ Czy wszystko jest obstawione zgodnie z  rozkazami?”. „Tak jest towarzyszu kapitanie! Potrójna linia obławy. Co 300 metrów. Erkaemy na stanowiskach! – szczeknął któryś służbiście.

„I najważniejsze! Pamiętajcie! Chcę ich mieć żywych. Wbić to ludziom do łbów! W razie czego, mają strzelać tak aby zranić, nie zabić! Powtórzcie! Odmaszerować!”
************************************************************************
Nie mógł zasnąć od razu. Nie opodal pod kocami chrapał Jerzyk. Myślami wciąż wracał do rozmowy z Teofilem. To co powiedział o synu było zaledwie półprawdą. Tak naprawdę bał się o dzieciaka. Był jedyną osobą, która przypominała rodzinę i dom.

Co do swojego losu, od dawna nie miał złudzeń. Nie wierzył, że cokolwiek się zmieni na świecie i Zachód rozpocznie wojnę z Sowietami. Musiałoby naprawdę stać się coś niewyobrażalnego aby się wzięli za łby… No bo powodem na pewno nie będzie Polska.

Jego stałym wyrzutem i pretensją do samego siebie był Jurek. Nieraz wyrzucał sobie, że powinien postawić na swoim i zmusić go do wyjazdu; gdzieś na Zachód Polski i tam ujawnić…Wtedy, w czterdziestym siódmym. Na pewno miałby większe szanse na przeżycie aniżeli teraz.

Obwiniał samego siebie, o brak dostateczne silnej woli; o to, że uległ uporowi chłopaka, który nie chciał słuchać o wyjeździe i opuszczeniu ojca. Ale teraz najważniejsze to spać i choćby trochę odpocząć… Musi przecież dotrzeć na  „punkt kontaktowy” w Czochaniu-Górze.

Tam ma dojść do spotkania z łącznikiem „Huzara”, który przejął po śmierci „Młota” resztki VI wileńskiej i na nowo organizuje teren. Muszą ustalić zasady współpracy…
************************************************************************
Obudziło go gwałtowne ujadanie psów i jakieś nieokreślone stłumione dźwięki. Poderwał się z siana. Świtało. Młody też już nie spał. Zgięty, ostrożnie podszedł do ściany stodoły i spojrzał przez szpary desek.

Nie minęła minuta, gdy z pobladłą twarzą donośnym szeptem wykrztusił: „Tatko!! Otaczają nas. Obława!”. Szybko zarzucali kurtki i odbezpieczyli broń. „Bąk” zakomenderował: „Wychodzimy przez tylne wierzeje! Później w nogi! Jakieś dwieście metrów dalej jest olszyna. Może się uda.”

Ledwie skończył gdy rozległ się donośny krzyk: „Żebrowski!! Rzuć broń i wychodźcie z rękami do góry! Nie masz żadnych szans! Wszystko jest otoczone.  Masz trzy minuty!! Jak się nie poddasz, podpalamy!!”.

Nie zawahał się ani przez chwilę. „Tak jest, wychodzim!”

Pierwszy wyskoczył Jerzy. Lekko pochylony oddał dwie krótkie serie i ruszył skokiem przed siebie. Tamci otworzyli ogień. Powietrze przeciął gwizd pocisków. Po kilkunastu metrach chłopak padł jak podcięty. Ojciec przypadł do niego.

„Aaaa…” – z zaciśniętych szczęk Jerzego wydobył się skowyt bólu – „Tata…Nie dam rady!! Dostałem…!”

Obława wstrzymała ogień.

„Bąk!”. Rzuć broń i zdaj się! Będziesz miał uczciwy proces!”

Nawet nie słyszał nawoływań. Wyciągnął pistolet. Chłopak zrozumiał. Ostatnie spojrzenie na twarz Ojca. Porozumieli się wzrokiem, słowa były zbędne i bezsensowne. Jerzyk zamknął oczy i spokojnie przekręcił głowę. „Bąk” przeżegnał się i skierował lufę broni na skroń chłopaka.

Nawet strzał zabrzmiał tak jakoś dziwnie cicho. Oszołomiony jakby był inną istotą, rękawem kurtki otarł z własnej twarzy krew syna. Nie słyszał już nerwowych nawoływań, aby się poddał. Jak we śnie, powoli podniósł broń do głowy. „Wybacz mi Boże!” – to była ostatnia myśl. Zgiął palec i w tym momencie usłyszał huk gromu. Zapadła ciemność a on wstąpił na drogę Odwiecznej Tajemnicy…

Był 3 grudnia 1949 roku.

Do dnia dzisiejszego nie wiadomo, gdzie spoczywają szczątki ojca i syna – niezłomnych żołnierzy Białostocczyzny. Teofil Lipka został skazany na karę 5 lat więzienia.

Autor: Robert Radzik

Pisarz, publicysta, fotograf. Pasjonat historii i górskich traktów.

0
    0
    Twój koszyk
    Twój koszyk jest pustyPowrót do sklepu
    Skip to content